Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

czwartek, 29 stycznia 2009 1:09

(Na wideoblogu Lecha Wałęsy, mój adwersarz z Kanady, Edward Janus,"edvardo", który w stanie wojennym za działalność opozycyjną został skazany na więzienie i wyrok częściowo  odsiedział - człowiek w gruncie rzeczy nieszczęśliwy przez swoja chorobę - zarzuca mi, że piszę nieprawdę, że fantazjuję dla robienia sobie reklamy. Starając się zdyskredytować publicznie mnie, w ten sposób czyni krzywdę także tym moim przyjaciołom z internowania, z którymi przyszło mi dzielić wspólny los, a spośród których kilku przypłaciło to internowanie zdrowiem i życiem.

Rozumiem czyjąś chorobę i współczuję. Współczuję również z powodu innych niedostatków, na które cierpi pan Janus. Cenię jego bohaterstwo, szczególnie wykazane w trakcie przesłuchania (mie nie bili i nie wiem - o czym pisałem - jak zareagowałbym na przemoc siłową),podziwiam za wytrwałość w cierpieniu. Chciałem jednak, aby odczuł , jak to jest, gdy odziera się kogoś z jego godności i dlatego uczyniłem z jego wyemigrowania zarzut , co go szczególnie rozdrażniło. W rzeczywistości wiem, ze nie było lekko wyjeżdżać z Polski w nieznane. Dlatego zwracam mu honor (wiem,że ten blog odwiedza i czyta wszystko). Oczekuję również z jego strony gestu dobrej woli i  honorowego traktowania nawet tych, z którymi nie zgadza się pod względem politycznym. Tego wymaga nie tylko honor, ale zwykła uczciwość, przyzwoitość.)

                                                                                       X.

 

                                            ODWIEDZINY

 

 

        Po tej wizycie ks. bpa Tadeusza Błaszkiewicza, już w każdą niedzielę przyjeżdżał wyznaczony przez Kurię ksiądz i odprawiał nam Mszę św. w naszej więziennej świetlicy, zamienianej na ten czas na kaplicę.

         Często przy okazji takiej wizyty kapłan przywoził jakieś dary: zagraniczną margarynę, znaną dotąd z PEWEXÓW, liczne konserwy, herbatę, kawę, czekolady, serki. Tak więc, nasze „kuchnie" bogaciły się. To właściwie tutaj rozwinąłem swoje umiejętności kulinarne, przygotowując kolacje dla wszystkich mieszkańców celi.

        W niedzielę 7 lutego mieliśmy wizytę szczególną. Odwiedził nas ordynariusz diecezji lwowskiej z siedzibą w Lubaczowie, ks. bp Marian Rechowicz. Towarzyszyli mu ks. Stanisław Czenczek i b. kapelan więzienny ks. Prymasa Wyszyńskiego, ks. Stanisław Skorodecki. Było to dla nas miłe zaskoczenie i szczególny powód do radości wszystkich kolegów z ziemi lubaczowskiej.

         Umówiliśmy się z ks. Czenczkiem, że wszystkie listy do rodzin włożę pomiędzy kartki „LEKCJONARZA" przed Mszą św. Wykorzystałem przedłużający się czas spowiedzi, w trakcie przygotowań do czytania Słowa Bożego. Wydawało się , że wszystko zostało wykonane zgodnie z planem. A jednak...

        Zaczęła się Eucharystia. Klawisze, jak zwykle, stoją przy drzwiach. Nie wiem, czy uczestniczą tym razem czynnie, czy też nastawieni są na pilnowanie. Jeden - szczupły , wysoki, ryżawy plutonowy - raczej nam życzliwy, bo nieraz pożartował z nami , ale ten drugi? Jakiś nowy,  o  grubo ciosanej twarzy, bez wyrazu. I jeszcze, na dodatek, kpt. "Łóżeczko". Niby sympatyczny, życzliwie uśmiechnięty pedancik, ale ...czort go wie, jak zachowa się w razie wpadki.

      W trakcie dwóch Czytań przed  Ewangelią  większą uwagę zwracałem na włożone między kartki listy oraz na klawiszów, niż na tekst, który jednak miałem dobrze opanowany. Wyjątkowo mniej pobożnie tej niedzieli potraktowałem funkcję lektora. Kolega śpiewający Psalm, wtajemniczony w nasz plan, również zachował ostrożność. Potem ks. Czenczek odczytał Ewangelię i odłożył LEKCJONARZ na ołtarz. Homilię zaczął głosić ks. bp Rechowicz.

     To była piękna i jakże dopasowana do naszej sytuacji homilia,  wygłoszona przez nieznanego mi dotychczas, sędziwego biskupa, o którym jeden z lubaczowskich kolegów powiedział, że raczej unika on  wystąpień o treści politycznej. Tak, rzeczywiście, nie było w niej ani jednego akcentu politycznego, ale jakże podnosiła nas na duchu. Ten podtekst polityczny, za każdym biskupowym słowem, dopowiadaliśmy sobie  sami. Mowa była o niezasłużonym cierpieniu Joba (nawiązanie do Pierwszego czytania), o sensie tego cierpienia, także o sensie naszego cierpienia.

      Właśnie, podczas nawiązywania do historii Hioba, czcigodny kaznodzieja, ku naszemu przerażeniu, sięgnął po LEKCJONARZ  i zaczął , nie patrząc weń, i nie przerywając kazania, przewracać poszczególne kartki. Dosłownie struchlałem. Zaniepokojony sytuacją ks. Czenczek, nie spuszczając wzroku z  biskupich rąk, co raz to podnosił się lekko z krzesła, gotów w każdej chwili na jakąś interwencję. Co będzie , gdy klawisze zobaczą listy włożone między kartki? Jeszcze jedna kartka... i... 

     Na szczęście Duch Święty tej niedzieli wyraźnie czuwał nad nami wszystkimi. Ks.  biskup przewrócił tam i z powrotem kilka kartek, nie patrząc na tekst, ale żaden list nie został „ujawniony". Kiedy, nieświadomy całej grozy sytuacji, odłożył na bok LEKCJONARZ, odetchnęliśmy z ulgą. Obeszło się bez awantury.

     Po Mszy św.  znowu w naszej celi mieliśmy dłuższe spotkanie z naszym gościem. Byli wszyscy koledzy z Lubaczowskiego, a więc: Adam Kantor, Jan Połoch, Jurek Czekalski, Adam Kata, Roman Rzepecki, Mietek Ważny, Zbyszek Woszczak i Aleksander Banaś. Oni dziś byli najbardziej szczęśliwymi gospodarzami spotkania . Wyraźnie widać było że przeżywają je z dumą, bowiem dotąd, po wizycie przemyskiego sufragana czuli się lekko zawiedzeni, że z ich diecezji nikogo nie było. Teraz to był ich Gość i ich dzień.

     Ksiądz  Stanisław Skorodecki,  którego niewielu z naszych kolegów tego dnia skojarzyło z bohaterem „Zapisków więziennych" Prymasa Wyszyńskiego, raczej słuchał, uznając, że głównym gościem jest ks. bp Marian Rechowicz. Nie miałem wówczas odwagi pytać ks. Stanisława o jego własne przeżycia z tej wizyty. Wiedziałem jednak, że z pewnością kraty, straż więzienna (wprawdzie w innych mundurach) - wszystko to przywołuje w jego pamięci obrazy z własnego internowania u boku ks. Prymasa, Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

      Dwa tygodnie po tej wizycie, Zbysio Woszczak, który wrócił  z „widzenia", powiedział: - Wiecie, w ubiegłą niedzielę bp Rechowicz wygłosił taką homilię w katedrze, że ludzie płakali. A po Mszy świętej, jak zaśpiewano „Boże, coś Polskę...", to wszyscy podnieśli ręce ze znakiem „V".!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 21 stycznia 2009 2:01

                                                                          IX.

 

                                     "KOLĘDA"

 

   Chyba 8 stycznia pojawił się w naszej celi Adaś Szostkiewicz - działacz związkowy z Przemyśla, polonista tak jak ja, którego SB zgarnęła w pociągu. Okazał się być człowiekiem o rozległej wiedzy humanistycznej i orientalnej, szczególnie związanej z Tybetem. Jako jedyny spośród nas, doskonale władał językiem angielskim, co niebawem miało zostać przez nas wykorzystane. Miał szczególny dar opowiadania, przyjemny dla ucha, łagodny głos, elegancką dykcję, dzięki czemu potrafił skupić uwagę słuchaczy na tym, co mówił. A mówił niezwykle interesująco o rzeczach i sprawach, które dla wielu były dotąd nieznane. Prędko też zyskał sobie sympatię i autorytet w celi. Sam też bardzo łatwo przystosował się do istniejących warunków.

      10 stycznia 1982 roku stał się dniem szczególnym w naszym obozowym życiu. Niedziela, słoneczny ranek, z lekkim mrozem. Właśnie wróciliśmy ze spacerownika, gdy koło budynków administracji zrobił się ruch. Kilku klawiszy wbiegło do naszego pawilonu, czyniąc spore zamieszanie. Kazali oporządzić cele. Będzie wizyta biskupa. Jeszcze nie wiedzieliśmy, który z księży biskupów nas odwiedził. Może sam ks.bp Ignacy Tokarczuk?

      Dowiedzieliśmy się, że w naszej celi odbędzie się spotkanie. Mamy też przygotować świetlicę do Mszy świętej. Świetlica znajdowała się na końcu naszego korytarza i była wielkości naszej celi. Służyła do tej pory jako sala telewizyjna. Ustawiliśmy prędko dwa stoły jako ołtarz, przykryliśmy je białym prześcieradłem. Tutaj szczególną inicjatywę wykazywali Waldek Mikołowicz i Rysiek Buksa - niezłomni koledzy, którzy „kierowali" życiem religijnym w naszym pawilonie. Ktoś z grupy krośnieńskiej rozpiął na ścianie, za tym prowizorycznym ołtarzem, połówkę prześcieradła z namalowanym flamastrami wizerunkiem Madonny Częstochowskiej. Świetlica w tym momencie stała się kaplicą. Niewiele potrzeba było, aby dało się odczuć sacrum.

     W niespełna pół godziny od pierwszej wiadomości, przed bramę spacerownika zajechała czarna limuzyna, z której wysiadł, znany mi z kilku wcześniejszych spotkań, sufragan przemyski, ks.bp Tadeusz Błaszkiewicz, w otoczeniu nieznanych mi dwóch kapłanów. Jednakże koledzy z Przemyśla szybko rozpoznali w nich księży: Stanisława Czenczka i Józefa Gałuszkę. Wylegliśmy na korytarz, by przywitać przybyłych gości. Czuliśmy już teraz ogromną radość, ale najważniejsze miało dopiero nas spotkać.

      Kapłani z ks. biskupem weszli na chwilę do naszej celi, pozostawili płaszcze i udali się do świetlicy oraz do dwóch wolnych cel, gdzie ustawiono po dwa krzesła pełniące funkcję konfesjonałów. Przed Eucharystią należało się wyspowiadać, a chętnych było bardzo dużo. Niektórzy odbyli w tym dniu spowiedź z całego życia, często pierwszą od kilkunastu lat. W kilku przypadkach musieliśmy na prędce pomagać kolegom w przypomnieniu sobie reguł i modlitw towarzyszących rachunkowi sumienia.

    W czasie, gdy jedni koledzy jeszcze spowiadali się, inni już pisali listy do najbliższych, które miały być przemycone na zewnątrz, bez obowiązującej wówczas pieczątki:„OCENZUROWANO".

    Msza św. była dla nas niezwykłym, wzruszającym przeżyciem. Wielu z nas miało łzy w oczach, szczególnie ci, którzy mogli pierwszy raz od wielu lat przystąpić do Eucharystii. Czuliśmy się tak, jakby naprawdę odwiedził nas sam Chrystus. To była nasza pierwsza od kilku tygodni Msza święta. Pełna pociechy homilia ks. Bpa Tadeusza Błaszkiewicza - żołnierza kampanii wrześniowej '39 roku, podniosła nas na duchu. W trakcie przesłania „Przekażcie sobie znak pokoju", podali sobie ręce internowani i pilnujący nas klawisze.

     Po Eucharystii nasi goście obeszli wszystkie cele, a na koniec zawitali do naszej. Długo jeszcze rozmawialiśmy z ks. biskupem Tadeuszem, który nie skorzystał z podanego mu taboretu, tylko przysiadł na pryczy. Dokładnie wypytywał o warunki bytowe, o nastroje wśród nas, pocieszał, przekazał też najświeższe informacje - dla nas bardzo ważne i podnoszące na duchu. Wspólnie z ks. Czenczkiem zorganizowaliśmy przy tej okazji przemyt listów, które znalazły swe bezpieczne „schronienie" w BREWIARZU ks. biskupa.

    Wreszcie nastąpiło coś, czego nie spodziewaliśmy się. Kiedy nasi goście wyszli i odjechali swoim samochodem, przed bramę spacerownika zajechały następne, bagażowe, z paczkami dla nas, przygotowanymi przez poszczególne przemyskie parafie.

      Paczki zostały sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy internowanych. Produkty żywnościowe, którymi dzielili się z nami wierni przemyskiego Kościoła, trafiły do wspólnej „kuchni" w każdej celi. Sporadycznie tylko niektórzy starsi koledzy zatrzymywali dla siebie jakiś unikatowy produkt. Tak właśnie jeden z moich współlokatorów, starszy wiekiem rolnik, „zaszył się" za szafą i zaczął szybko zajadać miód prosto ze słoika, nie chcąc podzielić się z innymi.

    Wielu wzruszeń dostarczyły nam dołączone do paczek listy, szczególnie te od starszych osób, pisane nieporadnie drżącą ręką oraz te od dzieci - pełne życzliwości, otuchy i życzeń, abyśmy jak najprędzej odzyskali wolność. Doprawdy, popłakaliśmy się, gdy natknęliśmy się na taką małą paczuszkę, zawierającą tylko kilogram cukru (wówczas na kartki) i pól kostki margaryny. Do tej paczuszki dołączony był właśnie taki ciepły list napisany koślawymi literami przez jakąś staruszkę. Boże! Jakiego wyrzeczenia musiała dokonać ta starowinka z miłości dla nieznanych sobie bliźnich; jak tu właśnie urzeczywistniała się ewangeliczna wdowa ,wrzucająca jeden grosz do świątynnej skarbony.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

A mnie bierze

sobota, 17 stycznia 2009 22:17
Pokrzyżowały mi się plany na dzisiaj.

Miałem dziś balować na ostatniej studniówce. Planowałem  tak, zwłaszcza, że już więcej studniówek w moim życiu nie będzie, ale zachorowała mi partnerka do tańca ,moja małżonka, więc stanąłem przed alternatywą: iść samemu, albo nie iść wcale. Ostatecznie, mógłbym pójść sam, ale co to za zabawa.Singielek raczej nie ma na takim balu, a odbijać komuś partnerkę, to  też niezbyt wypada. Gdybym był młodszy , wolny i szczuplejszy, a w dodatku mistrzem tańca, same ustawiałyby się w kolejce. A tak, siedziałbym przy stoliku, mając przed sobą talerzyk raz pełny, raz pusty i znowu pełny i... przygotowywałbym się do zbijania nadwagi przez następne dwa tygodnie.Ale, jeszcze zastanawiałem się.
  Dzisiaj też miałem wizytę kolędową, która w pewnym sensie kolidowała z moimi planami.Nie wiedziałem, o której duszpasterz przyjdzie. Zawsze przychodził pod koniec kolędy, czyli późnym wieczorem i praktycznie ode mnie, po poczęstunku, szedł już do klasztoru. Tym razem pośpieszył się , zaczynając kolędę od mojego mieszkania. Mogłem więc zdążyć wdziać strój balowy i pójść na tę studniówkę, ale w tym właśnie momencie zacząłem odczuwać wszelkie symptomy nadchodzącej grypy: złe samopoczucie, wędrujące tępe bóle po wszystkich mięśniach i kościach
,dziwne uciskanie w żółądku. Tylko gorączki nie mam, ale mi szumi w głowie i pieką oczy. Najchętniej położyłbym się do łóżka. Zażyłem już wszystkie domowe środki wzmacniające organizm wypiłem herbatę z rumem i na ostatek informuje wzystkich przyjaciół,że jutro może być ze mną gorzej, więc niech życzą mi tylko  zdrowia.
  Mówią, że "obejdzie się cygańskie wesele bez marcepana", tak więc, i studniówka beze mnie również obejść się musi.

 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

czwartek, 15 stycznia 2009 0:30

                                                          VIII.


                                            STASZEK

 

          Nie pamiętam już, po ilu tygodniach odstąpiono od stosowania wobec nas "Regulaminu dla aresztowanych". Zażądaliśmy rozmowy z komendantem. Zapomnieliśmy, w jakiej znajdujemy się sytuacji, że to już nie te niedawne czasy, gdy władza musiała na nasze żądanie pojawiać się i podejmować rozmowy. Teraz władza miała inny stosunek do naszych żądań. Tak wiec, szybko zrozumieliśmy, że komendant nie przyjdzie. Major „Łóżeczko"(tak go ochrzciliśmy ze względu na jego zamiłowanie do równiutko zaścielonych łóżek) oświecił nas, że nie jest w zwyczaju komendanta spotykać się i rozmawiać z więźniami.

   - Ależ my nie jesteśmy więźniami! - zaprotestowaliśmy. - Nie mamy wyroków! Jesteśmy w bandycki sposób zabrani z domów i przetrzymywani tu bezprawnie!

    - To zależy tylko od woli pana komendanta. - odrzekł major i wyszedł.

     A jednak ktoś go w końcu przekonał. Po paru dniach komendant pojawił się w naszym pawilonie, w otoczeniu kilku oficerów. Potężnie zbudowany, otyły chłop w randze pułkownika, sprawiał wrażenie człowieka nieprzystępnego.

      Spotkanie odbyło się w naszej celi, na stojąco. Gdy zaczęliśmy - na pytanie: „O co chodzi?"- wyłuszczać nasze postulaty, oświadczył, że zwracać się możemy tylko indywidualnie, we własnej sprawie, na piśmie, drogą służbową. Sprawy ogólne reprezentować może tylko jeden, wyznaczony przez nas internowany.

      - I, żebyście panowie zapamiętali, że tu nie ma miejsca na żadne żądania. Czas żądań zakończył się 13 grudnia.

       Powiedział to tak kategorycznym tonem, że nie mieliśmy żadnych wątpliwości, jaki jest jego stosunek do nas. Powiedział jeszcze na zakończenie, że wobec osób łamiących regulamin, stosowane będą takie a takie restrykcje.

       Wyznaczyliśmy więc Stasia Płatka, a właściwie to on sam się wyznaczył i w sposób bardzo emocjonalny przedstawił nasze bolączki oraz wszystkie postulaty, po których wysłuchaniu, komendant, wraz ze swoją świtą, opuścił pawilon.

       Po tej wizycie przestano żądać wystawiania taboretów z odzieżą na korytarz, cele zostały otwarte i można było przemieszczać się. Wcześniej czynił to tylko sporadycznie Henio Cząstka, na mocy swoich układów ze sprzyjającymi nam niektórymi klawiszami, przynosząc różne informacje od kolegów z innych cel. Teraz musieliśmy przestrzegać zasady, by wieczorem, podczas sprawdzania obecności zgadzała się liczba osób w celi. Mogliśmy również sami świecić i gasić światło o dowolnej porze, a klawisze coraz rzadziej interweniowali. Odbywaliśmy więc i przyjmowaliśmy „wizyty", graliśmy między sobą w karty, szachy, warcaby, ale najważniejsze było to, że mogliśmy organizować swoje życie obozowe. Zacieśniły się też nasze kontakty z kolegami z Krosna i Sanoka.

     To złagodzenie rygoru więziennego częściowo poprawiło nasze samopoczucie, jednakże noce nadal były ciężkie, bezsenne. To wtedy właśnie objawiały się ze szczególną mocą, skumulowane wszystkie tęsknoty, niepokoje, żale, które za dnia przygłuszane były przez „życie towarzyskie".

     Pewnej nocy długo nie mogłem zasnąć. Świecił księżyc w pełni. Przewracałem się z boku na bok, odganiając tłoczące się w głowie myśli. Była godzina 23.45, odgwizdana" żałośnie przez parowóz ciągnący skład pociągu- nie wiem - osobowego czy towarowego, który regularnie o tej porze mijał okoliczną stację i, nabierając szybkości - co wyraźnie było słychać poprzez odgłosy wydawane przez komin - przewijał się pomiędzy wzgórzami. Wsłuchiwałem się, jak zwykle, w ten dobiegający stukot kół i fuczenie lokomotywy, aż wszystko gdzieś, za kolejnym wzgórzem zanikło. Rozwiały się jednocześnie moje marzenia o wolności, które ten odgłos pociągu notorycznie wywoływał.

      Przewróciłem się po raz kolejny na wznak. Zacząłem po cichu odmawiać Różaniec. W pewnym momencie zauważyłem, że Staszek Baran, kolejarz z Przemyśla, również nie mogąc zasnąć, siedzi na swym łóżku i zapala papierosa. Skończyłem swoja modlitwę na jednym dziesiątku Różańca.

      - Nie możesz spać? Pewnie pełnia na ciebie działa - odezwałem się półgłosem.

      - Wiesz, takie różne myśli mi łażą po głowie. Widziałem, że też się przewracasz. Jak sądzisz? Jak to długo może potrwać?

      Nasza rozmowa trwała prawie do świtu. Miałem okazję poznać Staszka z tej drugiej strony. Zawsze drażniła mnie jego obcesowość, częste „kurwowanie", do którego nie byłem przyzwyczajony i które w pewnym stopniu dawało mu na de mną dominację w dotychczasowych naszych, nienajlepszych relacjach. Odnosiłem wrażenie, że między nami istnieje jakiś dystans i raczej nie starałem się go likwidować. Unikałem tylko spięć ze Staszkiem, by nie narazić się na jakąś wiązankę słowną. Teraz jednak rozmawialiśmy sobie przyjaźnie i widziałem go zupełnie innego - człowieka o wrażliwej osobowości, który z wiadomych sobie względów przybrał maskę twardziela.

     -Wiesz, co? -odezwał się na koniec, gdy postanowiliśmy resztki nocy wykorzystać na sen. - Uratowałeś mi życie. Właśnie, gdy się do mnie odezwałeś, miałem zamiar pchnąć się nożem. Ale wcześniej chciałem zapalić ostatniego w życiu papierosa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 11 stycznia 2009 0:04

                                                                                               VII.


                                             „ BÓG SIĘ RODZI...."

 

 

     Wreszcie dotarło do naszej świadomości, że już nikt z naszych „wybawicieli" nie przyjedzie. Zwykle pojawiali się ok. 8.30, ale tym razem, od strony komendantury nikt nie nadchodził. Postanowiliśmy więc przygotować się do wigilii w celi. Zobaczyłem z okna, że spacerujący koledzy z innych cel dyskretnie podnoszą spod śniegu i chowają pod kurtki gałązki jedliny, którymi przykryte były różane krzewy na rabatach wzdłuż spacerownika. Martwiłem się, że nim my wyjdziemy na spacer, to już nic nie zostanie, ale jednak udało się jeszcze parę gałązek wyszperać spod śniegu. Zauważył to pilnujący nas klawisz.

     - Jak tak będziecie brać, to te róże nie przetrzymają zimy - zwrócił uwagę, kiedy przechodziliśmy obok.- A, zresztą, to nie moje.

     - Trzeba jakoś podtrzymać tradycję, panie sierżancie! - Odpowiedział Henio Cząstka - współtwórca i działacz „Solidarności" Rolników Indywidualnych, mający szczególny dar nawiązywania bezpośrednich kontaktów z każdym, niezależnie od jego funkcji, stanowiska czy szarży. On to najwięcej kombinował i stawał się posiadaczem dodatkowych koszul, czapki więziennej, butów i wszelkich rzeczy, zakazanych przez władze obozowe. Jego operatywność, połączona z tupetem, była nam bardzo przydatna w tym momencie.

      W celi włożyliśmy tych kilka związanych gałązek jedliny do słoika z wodą i przybraliśmy prowizorycznymi ozdobami, naprędce zrobionymi ze stanioli po czekoladzie - jakieś gwiazdeczki, księżyce. Małe, wielkości wiśni kulki ze zwiniętej stanioli miały zastąpić bańki; kolorowa włóczka, wysupłana z szalika - włos anielski. Może nie było to imponujące „drzewko", ale pachniało świątecznie.

         Przygotowaliśmy też stół, nakryty zdobytym chyba przez Henia prześcieradłem. Znalazły się też opłatki na talerzyku, dostarczone przez siostry zakonne. Kochane siostrzyczki! Wśród masy swoich obowiązków, pomyślały także o nas. Z pewnością ogarniały nas w tym momencie szczególną modlitwą.

        Za oknem już było ciemno. „Wszystko" przygotowane było do wieczerzy, brakowało tylko ... Zamiast radości, ogarnął nas smutek. Ucichły wszelkie rozmowy, każdy siedział na swojej pryczy i bił się z własnymi myślami. Nadzieja, że przed Świętami wyjdziemy na wolność, teraz ostatecznie rozwiała się. Staliśmy, a właściwie siedzieliśmy wobec smutnej rzeczywistości.

       Tę przygnębiającą ciszę przerwało znane już nam szuranie pojemników z kolacją, otwieranie i zamykanie poszczególnych cel. Wreszcie i u nas usłyszeliśmy zgrzyt klucza, odsuwanego rygla. W drzwiach stanął klawisz.

       - Panowie, proszę tym razem miski- zakomunikował uroczyście.

        W ten wieczór na kolacje był czerwony, czysty barszcz, tyle, że nie z uszkami i nie taki czerwony. Raczej brunatny, z kawałkami buraków, bez specjalnego smaku - ot, taka jucha. Rolę uszek zastąpić nam miał tradycyjnie rozdzielony chleb z margaryną. Ale, czego mogliśmy się więcej spodziewać? I tak dobrze, że w jakiś sposób próbowano stworzyć nam namiastkę świątecznej wieczerzy.

      Rozpoczęliśmy naszą nietypowa kolacje wigilijną od wspólnej modlitwy, którą poprowadził jeden z najstarszych mieszkańców naszej celi. Modliliśmy się za nasze rodziny, za poległych górników „Wujka", za Ojczyznę, Ojca Świętego, za nas samych. Potem dzielenie się opłatkiem i życzenia.

     Nie wiem, kto zaczął, ale w tym właśnie momencie rozległ się czyjś szloch. I nagle coś pękło w nas wszystkich. Ilu nas było - 15 mężczyzn, tak tylu rozwyło się jak małe dzieci. To nie był już szloch. To było głośne łkanie, przechodzące w zawodzenie, w wycie. Nikt nikogo nie wstydził się, nikt nie krył prawdziwie rzęsistych i słonych łez. „Barszcz" stygł, a my - każdy w swoim „kąciku"- przeżywaliśmy w głębokiej rozpaczy to Boże Narodzenie.

     Wreszcie ktoś zaintonował łamiącym się jeszcze głosem „Wśród nocnej ciszy i tak, śpiewając przez łzy, doszliśmy do jako takiej formy. Chłodnego „barszczu" nikt nie wylał do kibla. Zjedliśmy go, przegryzając chlebem. Ktoś wyciągnął z szafki przysłana z domu czekoladę, więc było też i odrobinę słodkości. W innych celach rozbrzmiewały kolędy.

      Wszedł klawisz. Cieszył się wśród nas dobrą opinią. Zawsze uprzejmy, troszczył się o nasze potrzeby. Miał na imię Zbyszek. Podzieliliśmy się z nim opłatkiem, złożyliśmy życzenia. On, nieco zaskoczony, pożyczył nam, byśmy jak najprędzej spotkali się z naszymi rodzinami w naszych domach. Mówił, że o mało sam się nie rozpłakał, gdy usłyszał nasz płacz i nie wiedział, czy wejść, czy też nie. Zdecydował się wejść dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy kolędowanie.

     Tego wieczoru nie wystawialiśmy już taboretów z odzieżą na korytarz. To były takie dary dla nas od Bożego Dzieciątka: i te pamiętające o nas siostrzyczki, i wigilijny „barszcz", i ten życzliwy nam Zbyszek, który dla nas złamał więzienny regulamin.


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  94 598  

Słownik internetowy

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 94598
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3454
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 3910 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl