Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 377 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

piątek, 30 października 2009 0:57

                                                   III.  „CO PAN PODPISAŁ?"

 

        Pierwszy dzień w szkole.  Szedłem  do pracy podekscytowany, choć przecież  tylko wracałem do swoich znajomych, przyjaciół. Fakt, że przed swoim internowaniem , jako oddelegowany ze szkoły do pracy związkowej, miałem ograniczony kontakt z gronem nauczycielskim, przychodząc na lekcje do jednej tylko klasy, ale przecież miałem ze wszystkimi - również z pracownikami administracji - wspaniałe, serdeczne relacje. Zresztą, szkoła słynęła z tego, że wszyscy tworzyli jakby jedną rodzinę, że panowała w niej serdeczna atmosfera, której zazdrościli nam nauczyciele innych szkół.

      Więc czego się obawiałem?...  Zbytniej popularności?... Już jej doznałem, przyjmując funkcję szefa Związku....Rozmów? Pytań?.... Ależ,  na tyle różnych pytań w ciągu ostatnich dni odpowiedziałem, z tyloma znajomymi rozmawiałem, że nie powinno to już stanowić dla mnie problemu. Zaniepokoiły mnie słowa dyrektora: „licho nie śpi, a ktoś u nas donosi", które przez całą drogę, jak czerwona lampka ostrzegały, że nie wszystko jest tak, jak było do niedawna, że trzeba uważać. Jak te ostatnie wydarzenia zmieniły  to wspaniałe grono?....

    Na korytarzu szkolnym  sporo młodzieży zupełnie mi nieznanej: pierwszo- i drugoklasiści, którzy  również mieli prawo mnie nie znać, więc grzecznościowego „dzień dobry" nie było co się spodziewać. Patrzyli na mnie - dziwnego, łysawego faceta z brodą - obojętnie, jak na jednego z tych obcych , co często kręcili się po szkole. Dopiero, gdy pojawiłem się z dziennikiem lekcyjnym pod pachą, dostrzegłem w ich oczach błysk  zaciekawienia. A może tak mi się zdawało.

   W pokoju nauczycielskim spotkałem się z serdeczną życzliwością, wręcz z radością, jakiej już wcześniej doznałem w rodzinie. Przyszły panie sekretarki, księgowe, które rzuciły mi się na szyję. Były całusy, łzy wzruszenia i...pytania... o wszystko. Nie da się ukryć, ale byłem dla nich bohaterem. Przecież w tej właśnie placówce zaczęła się „Solidarność" nauczycielska. Marian Janusz jeszcze raz mnie wyściskał.

      - Witaj Tomaszu wśród swoich. - powiedział z uśmiechem.

   Jednak nad tą radosną chwilą roztaczał się cień nieufności, podejrzliwości - owoc stanu wojennego. Kiedy prawie wszyscy już wyszli na lekcję, podszedł do mnie Józek - jeden z ostatnich  kolegów, który wcześniej notował coś w dzienniku. Był powszechnie lubiany  i ceniony nie tylko w gronie nauczycieli zawodowców.  Z powodu utraty w wypadku prawej ręki, nosił sztywną protezę, sprawnie posługując się lewą. Jednakże to kalectwo czyniło go trochę drażliwym i czasem zgryźliwym. Miał jakąś funkcję w szkolnej POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej).

     - Witaj, Tomaszu. - rzekł, jak zwykle, jakby miał szczękościsk, podając mi swą zdrową , lewą dłoń. - Cieszę się, że wróciłeś. Tu podejrzewają mnie, że to ja doniosłem do Komitetu na Mariana. Wiesz, ...o tych kwiatkach. Ale wierz mi, że ja nigdy i nigdzie na nikogo nie donosiłem. I na Ciebie też na pewno nie doniosę.

     Tak, mówił mi Marian na pierwszym spotkaniu o tym , ale obydwaj wykluczyliśmy Józka z kręgu podejrzanych. Zresztą, mieliśmy ku temu powody. Dlatego też uścisnąłem go tym bardziej serdecznie i powiedziałem, co z Marianem o tym myślimy. Widać było, że poczuł wielką ulgę, jakby pozbył się jakiegoś ogromnego ciężaru.  Również po tzw. " długiej przerwie", jeden z kolegów szepnął mi na ucho , wskazując wychodzącego nauczyciela: -Niech pan nic przy nim nie mówi, bo to jest na pewno kapuś. Mówię to panu.

    Jeszcze w tym samym dniu, ów  domniemany„kapuś" zwrócił się do mnie , również na ucho, wskazując na wychodzącego do domu, swojego „oskarżyciela":  -Niech pan uważa na niego, bo to tajniak.

      Trochę to było zabawne, ale i smutne zarazem. Jak łatwo zasiać niezgodę, jak prędko atmosfera przyjaźni zostaje zatruta przez podejrzliwość. Jak się okazało później,po ujawnieniu tajnych współpracowników , obydwaj koledzy byli niewinni, a tajnym współpracownikiem był jeden z dobrych, przyjaźnie nastawionych nauczycieli, którego informacje o moim zachowaniu w szkole raczej zaszkodzić mi nie mogły - wręcz przeciwnie, miały oddalić  ode  mnie wszelkie podejrzenia SB.


      Najważniejsze jednak było dla mnie spotkanie z młodzieżą w klasie, od której dostałem do obozu jedną z kartek świątecznych z życzeniami. Była to klasa męska, bardzo zgrana i pełna indywidualności.

     Po moim wejściu do Sali, wszyscy wstali. Gdy już od katedry przywitałem chłopców, dwaj z nich :  Waldek Gmyrek i  Tadeusz Mazurkiewicz (późniejszy, przedwcześnie zmarły  poseł i senator RP kilku kadencji)  podeszli do mojego biurka. Waldek chował jedna ręką za plecami, a ja udawałem, że nie wiem , co w niej trzyma.

 - Panie profesorze - zwrócił się  w bardzo poważnym tonie Tadeusz -  czy wychodząc z obozu, coś pan podpisał?

    Przyznałem,  że miałem do podpisania dwa oświadczenia: jedno o podjęciu współpracy, drugie - tzw. „lojalkę" i że, z takich a takich względów, podpisałem tylko to drugie. Wówczas oni odetchnęli głęboko, uśmiechnęli się  i,  wręczając mi bukiet z 13  pięknych goździków, niemal równocześnie wyrecytowali:- Witamy serdecznie Pana profesora w imieniu wszystkiej młodzieży.

    Takie to były wspaniałe chłopaki. Umówiliśmy się, że prowadzimy NORMALNE lekcje j. polskiego, że nadal będziemy dyskutowali tak jak dawniej, ale nie będzie na tych lekcjach mowy o internowaniu, bo nie chcę ani ich, ani dyrekcji narażać na ewentualne nieprzyjemności. Powtórzyłem: - NA LEKCJACH, W SZKOLE!

   To była inteligentna klasa, więc wszyscy  zrozumieli , o co chodzi. I nic, co powiedziałem, nie wyszło nigdy poza tę grupę chłopców. Dalej już normalnie realizowałem temat lekcyjny.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

środa, 21 października 2009 0:14

                                    II.  PRZYJACIELE

  

      Musiałem przestawić się na normalny tryb życia w domowych warunkach. Wszystko: pokoje, kuchnia, łazienka, sprzęty   były te same, ale dotykałem je, jakbym się na nowo uczył, słuchając jednocześnie  potoku słów żony , teściowej i  dzieci, które nie odstępowały mnie na krok - jakby wszyscy naraz chcieli nadrobić stracony czas.

       Kąpiel w normalnej łazience , z możliwością poleżenia sobie w wannie, będąc zanurzonym po uszy w ciepłej wodzie. Och , jaka rozkosz. A potem obiad i ... pierwszy, konieczny sen na normalnym tapczanie -  sen, który jakby zamykał pewien rozdział mojego życia, odgradzał przeszłość obozową , tamten świat od rzeczywistości , w którą właśnie wkroczyłem.

      Obudziłem się o zmierzchu. Kasieńka czuwała przy mnie, bawiąc się lalkami, Bartek odrabiał zadania. Wiedziałem, że wszyscy czekają  na  moje przebudzenie.

Długo rozmawialiśmy po kolacji o tym, co  nas spotkało, co działo się tu, podczas mojej nieobecności i tam, za obozową bramą. Już też sąsiedzi, przyjaciele domu dowiedzieli się  o moim powrocie, już przekazywali pozdrowienia i zapowiadali się na odwiedziny.

      Już nazajutrz wizyty te stały się rzeczywistością . Musiałem szczegółowo opowiadać o swoich przeżyciach obozowych - od momentu aresztowania aż do uwolnienia. Pojawiło się wielu nowych ludzi w kręgu przyjaciół, chcących mnie poznać. To oni - jak się okazało - wspomagali moją rodzinę w tym trudnym dla niej okresie. Miałem więc okazję podziękować wszystkim za ich wielkie serca.

     Przybyli też Marian Janusz i dyrektor szkoły, Zdzisław Baran, który przed stanem wojennym pełnił obowiązki zastępcy Mariana.  Nowy szef natychmiast ustalił  ze mną przydział czynności. Zaraz po pierwszomajowym święcie miałem rozpocząć naukę . Nauczyciele zrezygnowali z godzin nadliczbowych, abym miał pełny etat. Powiedział, że nie wie, jaką decyzję w mojej sprawie podejmie Kuratorium, ale   ma pismo o cofnięciu mojego delegowania do pracy związkowej (również je otrzymałem, będąc jeszcze w obozie), a to oznacza dla niego, że jestem pełnoprawnym nauczycielem. Zresztą, bierze odpowiedzialność za swoją decyzję. Marian również  pracuje od momentu swojego powrotu i nikt w tej sprawie z Kuratorium dotąd nie interweniował. Jedynie dyrektor był wzywany do Komitetu Miejskiego PZPR (sam był bezpartyjny)  aby wyjaśnił, dlaczego młodzież w szkole witała Mariana Janusza  bukietem złożonym z 13 goździków. 

     - Powiedziałem, - uśmiechnął się złośliwie dyrektor -  że była to inicjatywa młodzieży, która w ten sposób chciała przywitać lubianego nauczyciela i swojego dyrektora, że to piękny gest, a kwiatów nie liczyłem, bo to nie leży w kompetencji dyrektora szkoły.  Pana proszę, panie profesorze, aby był pan ostrożny w swoich wypowiedziach i w pokoju nauczycielskim, a zwłaszcza w rozmowach z młodzieżą, nie mówił nic o tym, co pan przeżył. Wie pan, licho nie śpi, a ktoś u nas donosi. Bo skąd wiedzieliby, ile kwiatków dostał pan Janusz?

    Dla mnie to było oczywiste.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II

poniedziałek, 12 października 2009 0:19

                                                                                   CZĘŚĆ II

                                  NA „WOLNOŚCI"

 

                                                                          I. „POWRÓT DO ITAKI"

 

         Raźnym krokiem, choć objuczeni tobołami z odzieżą zimową i obozowymi pamiątkami, maszerowaliśmy ku stacji kolejowej NOWY ŁUPKÓW.  Było nas sześciu: Banicki Edzio -  zwany przez nas „Banitą", Kantor Adam - dawny WIN-owiec, który miał już  za sobą więzienie PRL- owskie,  ale też  udział w wysadzaniu pomnika Lenina(o czym bezpieka nigdy się nie dowiedziała), Andrzej Kucharski, Jan Połoch, Andrzej Wyczawski i ja.

       Było ciepło, słonecznie . Wiosna już na dobre rozgościła się w tej bieszczadzkiej krainie. Co raz oglądaliśmy się za siebie, machając w kierunku obozu, póki nie ucichły śpiewy kolegów . Ostatni raz spojrzeliśmy w  tamtą stronę, ale  już drzewa i krzaki,  niczym naturalna kurtyna, odgrodziły nas od świata, w którym spędziliśmy ostatnie dwa tygodnie obozowego życia. Wtedy właśnie, wraz z dolatującym nas z nieboskłonu świergotem skowronka, dotarło do naszej świadomości, że jesteśmy  naprawdę wolni.

      Dotarliśmy do stacji kolejowej - pustej, z senną kasjerką. Mieliśmy najlepsze połączenie przez Sanok do Rzeszowa. Już  nasze myśli były co raz bliżej domu, już wyobrażaliśmy sobie spotkanie z najbliższymi.

      Podróż do Rzeszowa upłynęła na delektowaniu się widokami  bieszczadzkich pejzaży i na drzemce, w trakcie której mieszały się obrazy naszego obozowego życia z marzeniami o domu - marzeniami, które niebawem miały stać się rzeczywistością.

     Tęsknota za domem tak była silna, że  nie zważając na koszty, postanowiliśmy w Rzeszowie  wynająć taksówki, by  - nie czekając przeszło godzinę na połączenie kolejowe - jak najszybciej znaleźć się wśród najbliższych. Rozpoznawaliśmy na nowo, w wiosennej krasie znajome krajobrazy, a z każdym kilometrem serce biło mocniej. Nasze milczenie przerywały pytania kierowcy, zaintrygowanego niecodziennymi, brodatymi pasażerami,  odzianymi w zimową- nie pasującą do pory roku - odzież i dźwigającymi niekształtne toboły. Kiedy dowiedział się, że wiezie zwolnionych z internowania, dodał gazu -  jakby odczytał nasze pragnienie jak najszybszego spotkania z rodzinami.

     Serce biło mocno, kiedy zbliżałem się do domu. Już widok mojego osiedla jakby dodawał skrzydeł. Odprowadzany spojrzeniami  ciekawych przechodniów,  wszedłem miedzy szare, betonowe blokowisko.

     I już  jestem , przy swoim bloku . Wyłaniając się zza rogu , widzę przed wejściem  do mojej klatki schodowej trzy  małe dziewczynki, grające w  gumę. Poznałem jedną z nich. To moja Kasieńka. Właśnie siedzi na ławce , przyglądając się  skaczącej przez naciągniętą gumę koleżance. Chcę podejść niepostrzeżenie,  ale dziecko, jakby coś wyczuło, bo nagle odwraca się, przyglądając  mi się przez chwilę  badawczo  ,po czym , z okrzykiem „Taaatuś! - biegnie w moją stronę te parę kroków, rzucając mi się na szyję.

      To była niezapomniana, radosna chwila. Już Kasi nie wypuszczałem z ramion, tylko tak ją trzymając,  uwieszoną u mojej szyi i dźwigając jednocześnie  toboły, wydrapałem się na trzecie piętro. Następne , równie radosne spotkanie nastąpiło za drzwiami. Łzy radości, łzy szczęścia żony i teściowej. I moje.  Bartek jeszcze był w szkole, ale niebawem i on znalazł się w moich ramionach - trochę  maskujący swoje prawdziwe uczucia, ale,  gdy spojrzałem w jego zielone oczy, zobaczyłem i łzy, i radość, i ... dumę.


  Z komentarza do wspomnienia z grudnia 2007r.:

Cóż... choć byłam wtedy mała, to też zapamiętałam tę Wigilijną Noc 81 roku. Pamietam, jak z Mamą, Babcią i Bratem klęczeliśmy przed Jezusem Ukrzyżowanym, zanim podzieliliśmy sie opłatkiem i modliliśmy sie za mojego Tatę i wszystkich uwięzionych... Tak... te święta Bożego narodzenia bez Taty, mimo , że miałam wówczas trzy latka, zostawiły ślad w mojej pamięci...

Pamiętam też moment powrotu mojego Taty... Siedziałam sobie z koleżanką pod klatką... Bawiłyśmy się... nagle odwróciłam głowę w kierunku jezdni i... zobaczyłam u smiechającego się do mnie pana z lekkim zarostem na twarzy... Chwilę mu się przyglądałam, próbując rozpoznac twarz... z kimś mi się przecież kojarzyła... Pan nadal się usmiechał, idąc w moim kierunku... serce  mi zabiło... "Tatuś" - krzyknęłam...i wybiegłam na  przeciw...a odległości między nami już nie było...

 Dziękuję że JESTEŚ...

Kasia


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

"Na zielonej Ukrainie..."

piątek, 02 października 2009 0:09

       W Jaworowie na Ukrainie czczą polskiego króla.

 

     To już kolejny raz Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, Oddział   Jaworowie, któremu prezesuje pani Zofia Michniewicz, zorganizowało Międzynarodową Konferencję poświęconą królowi Janowi III Sobieskiemu, tym razem - w 380 rocznicę urodzin tego jednego z największych władców Europy.

     Tegoroczna Konferencja, która odbyła się w dniach 24-27 września, zorganizowana została przy współudziale i pomocy: Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, Stowarzyszenia Wspólnota Polska, Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, Konsulatu RP we Lwowie oraz Głównego Zarządu TKPZL i nosiła tytuł: „Śladami Jana III Sobieskiego na Ukrainie i w Polsce".

      Król Jan III Sobieski był starostą jaworowskim, a wcześniej, jako dziecię, był chrzczony w jaworowskim kościele. Tu często przebywał, aby odpocząć i nabrać sił. W Jaworowie też gościł wielkich posłańcu dworów europejskich, w tym wysłannika papieskiego, w związku z odsieczą wiedeńską. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Jaworowa w sposób szczególny pielęgnują pamięć o swoim słynnym rodaku, starając się - jak czytamy w „Programie Konferencji"- „zachować i przekazać młodym ludziom prawdę historyczną, uczulić młodzież na konieczność ratowania od zapomnienia pamiątek narodowych Ukrainy   Polski".

      Szkoda, że o postaci króla Jana III Sobieskiego nie pamięta się w niedalekim przecież od Jaworowa - również noszącym ślady jego bytności, choćby przez wzgląd na osobę Marysieńki - Jarosławiu. Ale mam nadzieję, że i nasi historycy, włodarze, nauczyciele zorganizują przy pomocy młodzieży (tak jak w Jaworowie) jakąś konferencję, która przy okazji promowałaby nasze miasto. Póki co, godnie nas, jarosławian reprezentowali historycy: pan Janusz Kołakowski (podczas pierwszej Konferencji) i obecnie, w jego zastępstwie, pan Paweł Czerkas - obaj jako jedni z głównych referentów.

     25.09,  w godzinach wieczornych odprawiona została w podominikańskim kościele p.w. Sw. Piotra i Pawła Msza św. w intencji Jana III Sobieskiego i uczestników Konferencji oraz  złożone zostały kwiaty pod pamiątkową tablicą poświęconą Królowi Janowi.

    26.09. miała miejsce Konferencja w miejscowym Domu Kultury „Sokół". Po krótkich przemówieniach Wicekonsula RP, Prezesa Zarządu Głównego TKPZL we Lwowie oraz mera Jaworowa, ze wspaniałym referatem, urozmaiconym pokazem multimedialnym, wystąpił pan Paweł Czerkas, przedstawiając Jana III Sobieskiego jako największego dowódcę w dziejach Polski. Ukazał związki Sobieskiego z Kresami i Jaworowem szczególnie, tło polityczne ówczesnej Rzeczypospolitej (m.in. przyczyny konfliktów polsko-kozackich), historię odsieczy wiedeńskiej i jej znaczenie dla ówczesnej Europy, no i związek z Marysieńką. Referat ten spotkał się ze szczególnym uznaniem u wszystkich słuchaczy, szczególnie zaś przedstawicieli Wilanowa, którzy nie szczędzili młodemu historykowi z Jarosławia słów najwyższego podziwu.

   Drugim głównym referentem był dyrektor Muzeum Ziemi Przemyskiej, pan Mariusz   Olbromski, który przedstawił literacki obraz króla Jana III Sobieskiego.

    W przerwie, między referatami a częścią artystyczną, można było podziwiać w holu „Sokoła" piękne rękodzielnicze wytwory związane z kulturą ziemi  jaworowskiej.

     Część artystyczną wypełniły inscenizacje związane z pobytem Jana III Sobieskiego   Jaworowie-pieśni i piosenki - od  „Hej, sokoły", „O mój rozmarynie" ,"Przybyli ułani" -  po „Orlątko" oraz tańce w wykonaniu dzieci i starszej młodzieży  ze szkół w Jaworowie i w Sądowej Wiszni. Wystąpili też dorośli artyści, m.in. chór POWSINIANIE, reprezentujący Wilanowskie Centrum Kultury, pod kierownictwem pana Roberta Woźniaka.

    Z podziwem patrzyliśmy na tańce w wykonaniu dzieci i starszej młodzieży - pełne temperamentu, w ciekawej oprawie choreograficznej i kostiumowej. Radość wynikająca   samego tańczenia, jaką widać było na twarzach młodych artystów, udzielała się również widzom. To naprawdę było piękne, radosne. W tym dniu uczestnicy Konferencji zwiedzili jeszcze Jaworów. 

     Szczególną atrakcję przygotowali organizatorzy w następnym dniu, mianowicie, autokarową wycieczkę Śladami Jana III Sobieskiego na trasie : Jaworów - Żółkiew - Olesko - Podhorce - Złoczów - Zbaraż - Kamieniec Podolski - Chocim- Jazłowiec - Buchacz - Lwów. Szkoda tylko, że przez awarię ukraińskiego autokaru, „opieszałość" zastępczego pojazdu i nienajlepszą dyscyplinę wycieczkowiczów, nie udało się odwiedzić wszystkich zaplanowanych miejsc. Ale i tak miłych wrażeń było bardzo dużo. Jedynym mankamentem był brak polskojęzycznych przewodników po tych historycznych miejscach, a ukraińskie przewodniczki przedstawiały ich dzieje według ukraińskiej historiografii, nie zawsze zgodnej z naszą, co np. w Kamieńcu Podolskim spotkało się z ostra reakcją warszawskich uczestników wycieczki.

     Niezapomnianym momentem z tej wyprawy na Kresy będzie spotkanie niedzielne w kościele rzymskokatolickim w Wstreczy, obsługiwanym przez zakonnika ze zgromadzenia Księży Stacjonistów, który udzielił nam noclegu z soboty na niedzielę. Kościół wypełniony był przez same kobiety (nie licząc kilku ministrantów), Ukrainki w starszym i jeszcze późniejszym wieku. Spoglądały naszą grupę dość nieufnie. Ksiądz, również Ukrainiec, zapowiedział, że w związku z naszą obecnością, Msza święta odprawiana będzie w dwóch językach. Przełamanie pewnych lodów nastąpiło podczas przekazywania „znaku Pokoju". Pan Robert Woźniak  pełnił funkcję organisty, a że sam przystojny, w dodatku śpiewający pięknym, głębokim tenorem, serca babć  do reszty stopniały. Gdy  zatem  zaśpiewaliśmy na zakończenie Eucharystii „Barkę" potem maryjne pieśni i „Polskie kwiaty", „Podajmy sobie ręce", nie było nikogo, kto by nie ocierał łez . Ile błogosławieństw spłynęło na nas od tych steranych życiem, biedą ukraińskich kobiet - nie sposób opisać. A potem zrobiliśmy razem z nimi sesję zdjęciową  na schodach przed świątynią. Długo stały, machając nam  swymi spracowanymi dłońmi na pożegnanie.  Nad nami unosił się duch Jana III Sobieskiego - ostatniego wielkiego władcy Rzeczypospolitej .... wielu narodów.


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  95 800  

Słownik internetowy

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 95800
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3469
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 4003 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl