Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 156 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

niedziela, 22 listopada 2009 23:51



                                               VI. WIZYTATORZY

 

 

          W drugim tygodniu września  przybył do szkoły wizytator z Kuratorium Oświaty, pan Eugeniusz Popek. Chciał ze mną porozmawiać.  Zanim został  wizytatorem kuratoryjnym, przez długie lata był jednym z inspektorów naszego Wydziału Oświaty, stąd znałem go dość dobrze.

        Rozmowa odbyła się w gabinecie dyrektora, w jego obecności. Przywitaliśmy się serdecznie, gdyż znałem doskonale jego polityczne zapatrywania. Należał do tej grupy wyższych rangą urzędników oświatowych, co ówczesny inspektor oświaty, wspomniany już Roman Fedan, który nie bał się przysłać do obozu listu z wyrazami pocieszenia dla Mariana i dla mnie.

     Wizytator Popek wypytał mnie o pobyt w obozie, o samopoczucie, o to, jak mi się pracuje. Powiedział wprost, że w kuratorium zastanawiają się nad dalszym losem Mariana i moim, ale on wystawi nam dobrą opinię. Na koniec , równie serdecznie pożegnaliśmy się .

     -Życzę panu , panie Tomku, żeby dobrze się panu pracowało - powiedział na odchodnym.

    Tydzień potem przybył drugi wizytator,  również jarosławianin, Eugeniusz Narolski.  I z nim bardzo dobrze znaliśmy się , bowiem , po ukończeniu przeze mnie Studium Nauczycielskiego, on, jako kierownik kadr w jarosławskim Wydziale Oświaty, wysyłał mnie na pierwszą placówkę.  Jego cel wizyty był taki sam, jak poprzednika: chciał  nas zobaczyć po naszym powrocie z obozu, porozmawiać. I on zapewnił, że zawiezie o nas do Przemyśla dobra opinię.

     Wreszcie pojawił się główny wizytator, opiekujący się  z ramienia Kuratorium naszą szkołą, pan Tadeusz Serwański. Również on wcześniej, przez pewien okres  pełnił funkcję głównego inspektora naszego Wydziału Oświaty.

   Na rozmowę zostałem poproszony z lekcji. Dyrektor wysłał na zastępstwo innego nauczyciela. Tym razem spotkanie miało miejsce nie w gabinecie dyrektora, lecz na parterze, w gabinecie kierownika wydziału zaocznego.

    Przyznam, że na to spotkanie szedłem trochę zdenerwowany, bowiem nigdy jeszcze nie miałem okazji bezpośrednio rozmawiać z panem Serwańskim, w przeciwieństwie do poprzednich wizytatorów, a także słyszałem opinie o nim, że potrafi , gdy mu się coś nie podoba ,powiedzieć nagle do dyrektora czy nauczyciela :"Niech się pan czuje zwolniony" , „Od jutra nie jest pan dyrektorem". Wprawdzie za słowami nie szły czyny, ale , kto go bliżej nie znał, miał kilka nieprzespanych nocy. Dlatego też, stojąc już   przed drzwiami, pomyślałem sobie: „co ma być, to będzie", wziąłem głęboki oddech i wszedłem. Byli już tam, oprócz wizytatora, również dyrektor, sekretarz POP oraz  Marian Janusz .  Oczywiście, istniał zwyczaj w naszej szkole, że taką osobistość,   jak główny wizytator, gościło się w sposób szczególny, stąd też i teraz stół nie był pusty.

    Pan Serwański popatrzył na mnie dosyć groźnie przy podaniu ręki, oficjalnym tonem  poprosił, bym usiadł. Pełen wewnętrznego niepokoju, nie dając jednak nic po sobie poznać, posłusznie usiadłem.

    - Dajcie Tomkowi talerzyk. Z głodnym nie będę rozmawiał  - zwrócił się niespodziewanie do dyrektora. Wszyscy uśmiechnęli się tajemniczo, a mnie ta nagła zmiana tonu i bezpośredni zwrot po imieniu uświadomiły, że cała pierwotna  groza sytuacji była ukartowana, że wszyscy biesiadnicy  zagrali swoje role, a głównym reżyserem był pan Serwański.

    Dalsza rozmowa przebiegała w koleżeńskiej atmosferze, przy degustacji ciepłych i zimnych potraw. Kiedy pokrótce odpowiedziałem na wszystkie pytania dotyczące mojej  pracy i samopoczucia po obozowych przejściach, pan Serwański wstał , wyciągnął do mnie ręce i  zawołał :

      - Tomek! Ja przyjechałem ciebie zwolnić, bo takie otrzymałem polecenie od szefa. Może ja jestem drań, ale jestem Polak i... póki  ja pracuję w Kuratorium, ty będziesz pracował w szkole!

     No i wpadliśmy sobie w ramiona.

    Te słowa miały dla mnie ogromne znaczenie, a całą sytuację wspominam  do dziś ze szczególnym sentymentem. Wymagała ta postawa naszych wizytatorów - bądź co bądź, urzędników reżymowego systemu - wielkiej odwagi z ich strony i zaufania do obecnych, również do nas, byłych internowanych.

    Obydwaj panowie -  Serwański i Narolski już nie żyją, zaś z  panem Popkiem spotykamy się przy różnych okazjach i ucinamy  zawsze przyjacielską pogawędkę.





Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 15 listopada 2009 22:08


                                V. „ANIOŁOWIE STRÓŻE"

 

          Z teczki operacyjnej SB:

Przemyśl, dnia 16.05.1982r.

TAJNE

Spec. Znaczenia

Nr ewidencyjny 3924

                                                  WNIOSEK

                           O założenie kwestionariusza ewidencyjnego

 

      Nazwisko i imię  PETRY Tomasz

..........................................................................................................................................

Narodowość......  polska. Obywatelstwo.....polskie ...........................................................................................................................................

                                                 POWÓD ZAŁOŻENIA

 

W chwili wprowadzenia stanu wojennego był przewodniczącym Szkolnej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność". Jako działacz Solidarności reprezentował wrogi stosunek do ustroju, władz polityczn-administracyjnych i sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Organizował akcje protestacyjne w placówkach oświatowych Jarosławia. Był współautorem planu zdobycia broni i magazynów wojskowych w Kidałowicach. Otwarcie deklarował chęć likwidowania funkcjonariuszy SB i MO.

   ...................................................................................................................................

     Uzasadnienie to rozbawiło mnie, ale zarazem  sprawiło, że „urosłem" sam w swoich oczach. Oto, jaki  obraz mojej osoby wykreowali panowie agenci dla wewnętrznych swoich potrzeb (tę teczkę z dokumentami otrzymałem  z IPN w 2002 r.): groźny, bezwzględny bandzior,  gotowy wykonywać wyroki śmierci.... Czy to podobne do mnie?... Ale wracajmy do wydarzeń.

    W sierpniu otrzymałem pierwsze wezwanie do Komendy Miejskiej MO  na przesłuchanie. Wiedziałem, że wszyscy zwolnieni z obozu  są co jakiś czas przesłuchiwani. Wywołało to duży niepokój wśród moich najbliższych. Ja uważałem to za  coś normalnego w obecnej rzeczywistości, dziwiąc się, że tak długo z tym zwlekano. Początkowo miałem zamiar nie iść, ale uradziliśmy, że najlepiej będzie, jeśli zgłoszę się dobrowolnie. Nie chciałem , aby rodzina przeżywała na nowo najście esbeków . Nie miałem sobie nic do zarzucenia, ale i tak ciśnienie znacznie mi się podniosło. W drodze na Komendę odmówiłem tylko modlitwę do Ducha Świętego i lekko wszedłem do ponurego budynku na ul. Czarnieckiego.

    Funkcjonariusz SB - około trzydziestoletni brunet o podpuchniętych powiekach, czarnych oczach i anemicznie bladej twarzy - starał się być miły , uprzejmy. Oświadczył na wstępie, że to rozmowa profilaktyczna. Wypytywał o moje kontakty, co chwilę zaglądając do „ściągawki" trzymanej pod  blatem biurka. Przyznam , że rozbawiło mnie to, bo przypominał trochę niezbyt dobrze przygotowanego do odpowiedzi ucznia. Poczułem pewnego rodzaju przewagę nad swoim rozmówcą. Wymieniał nazwiska osób, z którymi ponoć miałem się kontaktować. Roześmiałem się.

     - Skoro panowie wiecie lepiej jak ja , z kim się kontaktuję, to po co pytacie? Przecież mnie śledzicie. A zresztą, nikt nie zakazał mi spotykania się z przyjaciółmi, a mam ich wielu. - Wyczułem, że facet nie ma żadnych konkretnych zarzutów.

     - Jak w pracy? Pracuje pan? - dociekał „miły pan".

     - Przecież wiecie, że pracuję. A tak - jeśli chodzi o inne sprawy - to nadrabiam  zaległości życia rodzinnego, uprawiam działkę , chodzę na ryby. Jak długo będę pracował? Tego nie wiem; to zależy  w dużej mierze od was i od moich władz oświatowych.

     - Będzie pan prowadził działalność związkową? - spytał nieśmiało uśmiechnięty pan, zaglądnąwszy przedtem do „ściągawki".

      - Jeżeli związki zawodowe zostaną reaktywowane, to się zastanowię.

      - Jak pan widzi obecna sytuacje polityczną? - spytał, podnosząc wzrok znad „ściągawki".

       - Staram się nie wypowiadać  na te tematy, zwłaszcza tutaj. Chyba rozumie mnie pan. Jeżeli nie macie więcej spraw, to proszę pozwolić mi odejść.

       - Mam nadzieję, że jeszcze porozmawiamy innym razem - uśmiechnął się przymilnie esbek.

        - Ja mam nadzieje, że do tego nie dojdzie. - Wstałem z krzesła , kierując się w stronę drzwi.

        - I proszę nikomu nie mówić , o czym tutaj rozmawialiśmy- ostrzegł mnie na odchodnym.

         - Tego nie mogę obiecać! -ostro zakończyłem nasza rozmowę. Była ona krótka, ale uświadomiłem sobie, że taktyka, jaką obrałem, jest najlepsza: jak najmniej słów i nie dać się wciągnąć w dyskusję, trzymać dystans.

        Oczywiście, poinformowałem o tej rozmowie swoich znajomych i przyjaciół.

        Przed konferencją plenarną związaną  ze zbliżającym się nowym rokiem szkolnym, wybrałem się w niedzielę na „Babionkę", łowić ryby. Właśnie ustaliłem sobie  odpowiednie stanowisko z dala od innych wędkarzy, gdy pojawiła się grupa cywilów z mundurowym funkcjonariuszem MO. Zaczęli sprawdzanie kart wędkarskich. Podeszli również do mnie. Wśród nich rozpoznałem znanego mi nauczyciela jednej z wiejskich szkół, niejakiego Gugałę, będącego jednocześnie aktywistą partyjnym. Pokazywałem właśnie  funkcjonariuszowi MO kartę wędkarską, gdy usłyszałem głos Gugały: - Ja profesora znam, zostawcie go, jest w porządku.

      Milicjant oddał mi kartę, salutując  niedbale, po czym wszyscy poszli dalej. Został tylko Gugała . Przykucnął przy mnie, zaczynając dziwną rozmowę. Mówił nie o rybach, ale o błogosławieństwie stanu wojennego, o „ekstremie".

     - Dobrze się stało - ględził - że ta „Solidarność" została rozbita. Owszem, idee były słuszne, ale ta ekstrema....

      Miałem ochotę strzelić go w mordę, ale, czując prowokację, z trudem opanowałem swoje nerwy. To wszystko już słyszałem wiele razy podczas mojego internowania. Dosłownie, jakby ktoś puszczał to samo nagranie - i wtedy, w samochodzie, gdy wieźli mnie do Przemyśla, i w Uhercach. Nie odzywałem się ,tylko, zacisnąwszy zęby i udając,  że go nie ma, zakładałem przynętę na haczyk. On, widząc, że rozmowa nie klei się, powstał i na odchodnym  rzucił: - Myślę, że przemyślał pan wszystko dobrze.

    -Spierdalaj - burknąłem tylko i zarzuciłem wędkę licząc, że zawadzę „niechcący" o gościa. Domyśliłem się, że jest to współpracownik SB, że przyszedł specjalnie, aby mnie  przebadać lub sprowokować, że jest to konsekwencja mojego niedawnego przesłuchania. To samo sformułowanie: „Myślę, mam nadzieję, że wszystko pan dobrze przemyślał", powtarzał mi w obozie kilka razy Cyrano.

   Już w tym dniu odechciało mi się łowienia ryb.

31 sierpnia w Kolegiacie jarosławskiej, w rocznicę porozumień sierpniowych, odbyła się Msza święta, z  liturgią słowa i śpiewem w naszym wykonaniu. Wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, że jeden z uczestników będzie miał dwa kryptonimy TW:   „Janek" i „Czernik". Oprócz niego, w świątyni było jeszcze kilku ANIOŁÓW STRÓŻÓW.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

niedziela, 08 listopada 2009 19:28

                        IV.  WOLNOŚĆ... ALE  JAKA?

 

 

      Niebawem zaczęły się matury. Wiadomo: maj, kasztany zakwitły. W szkole część uczniów wyjechała na praktyki zawodowe, a ja powoli przystosowywałem się  na nowo do rzeczywistości stanu wojennego, będąc na „wolności". Moje życie zaczęło się stabilizować. Musiałem przyrzec żonie, że teraz zajmę się życiem rodzinnym w większym stopniu jak przed internowaniem, że nie będę się narażał na aresztowanie  jakąkolwiek pracą konspiracyjną.

     Przyrzeczenie przyrzeczeniem, a życie jednak stwarzało sytuacje, które zmuszały do zajęcia jasnego stanowiska w obliczu określonych wydarzeń. Chcąc być wiernym swoim ideałom, nie mogłem być obojętny wobec tego, co się wówczas działo. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem pod obserwacją Służby Bezpieczeństwa, intuicyjnie czułem, że ktoś mnie śledzi. Zatem, zachowanie wszelkich środków ostrożności było jak najbardziej wskazane. Z drugiej jednak strony, świadomość podpisania „lojalki" za cenę wolności wciąż odbijała mi się potężną czkawką moralną. Wiedziałem, że wielu kolegów zostało za drutami, bo tego właśnie nie zrobili. Ale , smak życia rodzinnego, szczęście najbliższych, choroba żony - wszystko to przemawiało za słusznością mojej decyzji.

     Postanowiłem, ograniczając do minimum ryzyko narażenia rodziny na powtórkę przykrych doświadczeń, zostawić sobie pewien zakres swobody działania. Jeszcze nie wiedziałem jakiego, ale ... już postanowiłem.

     Przede wszystkim, w rozmowach telefonicznych zmieniłem język na bardziej konspiracyjny. Unikałem rozmów z nieznajomymi, w obawie przed prowokacją. Nawiasem mówiąc, telefon założono mi jeszcze podczas mojego pobytu w obozie. W ogóle, na założenie telefonu oczekiwało się bardzo długo, nieraz i cały rok, tymczasem -  ku zdziwieniu znajomych i sąsiadów -  w moim domu ekipa telekomunikacyjna pojawiła się wczesną wiosną '82 roku,  co wywołało różne komentarze, m.in. i taki, że to działanie SB, która w ten sposób chce mieć lepszy podsłuch ludzi odwiedzających rodzinę internowanego. W rzeczywistości, to mój przyjaciel, Mietek Kołakowski, pracownik telekomunikacji, po wyjściu z internowania na wolność , zainstalował ze swoją ekipą ten telefon. A że wszystkie telefony miały „trzecie ucho", więc na pewno  rozmowy z mojego aparatu były podsłuchiwane.

    Szczególną ostrożność zachowywałem w przejmowaniu i przekazywaniu „zakazanej literatury" i prasy podziemnej. Tego nie dało się uniknąć, a że też moja małżonka była zagorzałą czytelniczką, więc nawet nie zadawała zbędnych pytań. Wiedziała, że to od przyjaciół... i już. Literatura była i znikała.

    Wraz z o. Bogumiłem, który teraz jeszcze częściej nas odwiedzał, ustaliliśmy, że zaczynamy działalność na niwie parafialnej, bo jest tu bardzo dużo do zrobienia. Tak zrodził się cykl spotkań parafialnych u oo. Dominikanów, pt. „ ABC chrześcijaństwa"- cykl, który dał początek późniejszym ruchom wspólnotowym świeckich przy naszym, dominikańskim klasztorze. Tutaj też włączyła się moja małżonka, więc na tym polu mojego działania, które wówczas było mimo wszystko mocno upolitycznione, mogłem być wobec niej „w porządku", zgodnie z przyrzeczeniem.

      Przez miesiąc od powrotu z obozu miałem częste sny, w których pojawiały się sytuacje obozowe - te przeżyte realnie i będące wytworem wyobraźni. Zrywałem się  wtedy w nocy i do rana już nie mogłem usnąć. Często też zrywałem się na odgłos zatrzymującego się nocą przed blokiem pojazdu. Trwała przecież godzina policyjna, a jeździć o tej porze mogli tylko funkcjonariusze  MO i SB.

      Właściwie te sny minęły, gdy z początkiem czerwca pojechałem w Bieszczady, oddelegowany ze szkoły, na kontrolę praktyk uczniowskich w przedsiębiorstwach drogowych. Coś mnie ciągnęło w tamte strony. Akuratnie grupa uczniów odbywała praktyki w okolicach Uherc Mineralnych, zatem miałem okazję zobaczyć jeszcze raz obóz, o którym wiedziałem,  że jest nadal czynnym miejscem odosobnienia dla internowanych. Chciałem zobaczyć go jeszcze raz , ale z zewnątrz - tak, jak oglądali go nasi najbliżsi  podczas wizyt.

    Po spełnieniu obowiązku kontroli praktykantów, poszedłem pieszo kilka kilometrów  drogą, którą, każdego obozowego dnia, przez prawie 5 miesięcy oglądałem z okien swojej celi. Widziałem w dali kompleks więzienny, swój  pawilon pod wzgórzem. Serce zaczęło mi mocniej bić, obrazy z niedalekiej przeszłości, jeszcze świeże, bo powracające w snach, nasuwały się przed oczy jak kadry jakiegoś filmu, nogi nagle stały się miękkie jak z waty. Jakiś głos wewnętrzny wołał :"Zawróć!-  po co rozdrapywać rany!",  ale też i drugi, mocniejszy kazał iść naprzód, zobaczyć: „ Może ktoś ze znajomych będzie na placu za drutami... ucieszy się, przekaże wiadomość... idź!"

     Wreszcie minąłem kościół, do którego zawsze swe pierwsze kroki kierowali zwolnieni z obozu, a którego mnie nie dane było odwiedzić. Przystanąłem przed zamkniętymi drzwiami świątyni, pomodliłem się i za siebie, i za tych, co TAM jeszcze są. Wyszedłem na drogę, minąłem zakręt i znalazłem się przed bramą Zakładu Karnego. Przez siatkę widziałem spacerujących internowanych. Podszedłem do ogrodzenia w miejsce, z którego pamiętnej niedzieli wielkanocnej Ślązaczki rzucały swoim mężom butelki z alkoholem. Poddałem się chwili wspomnień. Myślami byłem wśród spacerujących. Chciałem zawołać, ale uprzedził mnie wartownik, każąc natychmiast odejść. To nie był żaden ze znajomych klawiszy. Zresztą, nie zamierzałem z nim polemizować, a tym bardziej prosić go o pozwolenie na wspomnienia.  Zawróciłem  w drogę powrotną.

      Tej nocy śniłem już  o czymś innym. Jednak ta „wycieczka" w nie tak odległą przecież przeszłość, była potrzebna dla mojego stanu psychicznego. Jakiś bardzo ważny rozdział księgi mojego życia został ostatecznie zamknięty. Jak decydujący o moich dalszych losach, okazało się później.

 

 


 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  94 548  

Słownik internetowy

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 94548
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3454
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 3910 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl