Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

poniedziałek, 29 grudnia 2008 0:44

                                                 VI.

                        ŻYCIE OBOZOWE     

     Było zimno, za oknem kilkunastostopniowy mróz, zadymka. W celi również chłodno, nawet pod kocem obleczonym w szarą poszwę. W pewnym momencie poczułem, że od okna sypie mi na głowę śniegiem. No, jasne - szyba wybita, dziura przytkana dyktą, same ramy również niezbyt szczelnie przylegają do futryny. Musiałem przykryć się dodatkowo płaszczem, ową „bundą", którą wziąłem na szczęście z domu. Wpierw jednak odwróciłem się nogami w stronę okna. Mimo wszystko, dobrze mi się spało tej nocy.

    Pobudkę o świcie, gdy za oknem było jeszcze ciemno, sygnalizował zgrzyt klucza w zamku, odsuwanego rygla, i ostry krzyk klawisza: -Pobudka! Wstaaawać!- przy jednoczesnym rozbłysku czterech sufitowych żarówek.

Potem już ten element porannego rytuału uległ zmianie, bowiem bardziej zżyci z nami klawisze budzili nas łagodnie: -Dzień dobry panom, proszę wstawać. Jak się spało? - i tym podobne odzywki, czasem przeplatane jakimś dowcipnym elementem. Ale to było później.

    Wyskakiwaliśmy więc z ciepłej pościeli na zimny parkiet, w pośpiechu wdziewając buty, wychodziliśmy na korytarz po taborety z odzieżą, czym prędzej ją wdziewając. W tym czasie klawisz przeliczył wszystkich. Potem kolejka za murek, do umywalki z lodowatą wodą. Trzeba było trochę zmniejszyć swoje gabaryty, bo równocześnie kolega musiał inną potrzebę załatwić w usytuowanej obok muszli klozetowej. Zatem zupełny dyskomfort, polegający nie tylko na utrudnieniach w oporządzaniu się, ale również na złamaniu zasady intymności. Wszystko, co robiliśmy (i do tego musieliśmy się przyzwyczaić), przede wszystkim zaś czynności fizjologiczne, właściwie stały się czynnościami publicznymi, ze wszystkimi tego efektami fonetyczno-zapachowymi. A byli wśród nas ludzie w bardzo szerokim przekroju wiekowym, mający też przypadłości gastryczne, które w tych warunkach pogłębiały się. Na tym też tle wybuchały często konflikty i nieporozumienia miedzy internowanymi.

    Potem należało posłać nasze łóżka. Na moim, w miejscu, gdzie miałem nogi, ukształtowała się w ciągu nocy miniaturowa zaspa. Była nienaruszona, bowiem chroniąc się pod płaszczem przed chłodem, spałem w pozycji płodowej, z podkurczonymi nogami.

    Po oporządzeniu, gdzieś ok. godziny szóstej dało się słyszeć szuranie pojemników w korytarzu, otwieranie cel. To więźniowie z sąsiedniego pawilonu roznosili śniadanie: zupę mleczną, bochenek chleba na celę, kostkę margaryny, dżem. Czasem, zamiast zupy mlecznej była czarna kawa zbożowa lub półsłodka herbata, nalewana przez więźniów z dużej, 25-litrowej kany.

      Śniadanie nie było takie złe, w porównaniu z tym, co nam niedawno serwowano w celi przemyskiego aresztu. Być może wygłodzenie, albo inna, wspólnotowa atmosfera i brak latrynowego smrodu na to wpłynęły. Trzeba było jeszcze uporać się z myciem aluminiowych misek, łyżek i zębów w lodowatej wodzie. No i znowu, po śniadaniu, problemy fizjologiczne niektórych kolegów.

      Około ósmej ogłoszono czas spaceru. Dwa spacerowniki w kształcie długiego prostokąta, ogrodzone i przykryte siatką, usytuowane były pod oknami cel, po obu stronach bramy wejściowej do pawilony. Wchodziło się do każdego z nich przez zamykaną bramkę pilnowaną przez klawisza. Chodziło się gęsiego, wzdłuż siatki, dookoła spacerownika.

      Najpierw spacerowali koledzy z piętra - internowani z woj. krośnieńskiego i z Sanoka, a potem pozostali z woj. przemyskiego. Wszyscy usadowiliśmy się przy kratach w oknach, wzajemnie wymieniając informacje ze spacerującymi.

      W pewnym momencie zobaczyłem kolegów z Jarosławia, a wśród nich swojego dyrektora, Mariana Janusza, którego internowano ze wszystkimi 13 grudnia. Poznał mnie i mimo zakazu ze strony strażników, za każdym okrążeniem zamieniliśmy parę słów, informując się wzajemnie o sytuacji w szkole, w mieście i w rodzinach. (Potem, gdy cele stały już otworem, i mogliśmy swobodnie przemieszczać się, przeszliśmy na „ty").

     Po spacerze, aż do obiadu, w rozmowach z kolegami zbieraliśmy dodatkowe informacje o poszczególnych klawiszach, o panujących tu zwyczajach. I tak czas powoli upływał. Obiad roznoszony przez więźniów nie należał do smacznych. Po obiedzie przyszedł gruby sierżant, zwany przez kolegów „Wypiską". Zbierał zamówienia na papierosy, papier listowy, herbatę - czyli robił tzw. „wypiskę" i stąd jego przydomek. Każdy miał swoja kartę, w której był rejestrowany zakupiony produkt. Tylko my, trzej nowicjusze, takich kart nie mieliśmy, ale „Wypiska" natychmiast nam je założył. Nie posiadałem jeszcze pieniędzy, więc wziąłem na kredyt papier listowy, długopis, koperty i znaczki. Jedynie papierosy, które z nudów zacząłem znowu palić, pochodziły z zapasów kolegów.

    I tak mijał dzień. Uciąłem sobie chwilę drzemki, którą przerwało szuranie po korytarzu i otwieranie cel. Przynieśli kolację: herbatę zaprawioną bromem, kostkę margaryny, chleb. Zaczęliśmy spożywać, gdy nagle włączone zostały głośniki - tradycyjne „kołchoźniki" i zaczęto odczytywać nam „Regulamin więzienny". Rozsierdziło to, pełniącego rolę „przywódcy" w celi, starszego kolejarza, Stanisława Płatka, który klnąc niemiłosiernie, rzucił w głośnik butem.

 - Co wy, kurwa, pierdolicie! - krzyczał w stronę głośnika Stanisław.- Nas to gówno obowiązuje! My nie jesteśmy żadni skazani! Wydarliście nas bandyci z domów! My jesteśmy więźniami politycznymi, kurwa wasza mać!

     Tylu wulgarnych słów w tak krótkim czasie rzadko słyszałem i zazwyczaj raniły one moje uszy, tu jednak odczuwałem ogromna satysfakcję z tego, co „im" Stanisław - kolejarz i sczerniałej, pooranej bruzdami twarzy - wykrzyczał.

     Potem radiowęzeł więzienny przestawiono na wiadomości radiowe. I wtedy właśnie podano porażającą wszystkich informację o pacyfikacji kopalni „Wujek" i jej ofiarach. Zamarliśmy w osłupieniu na chwilę, a potem ktoś rozpoczął modlitwę: „Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie..."

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

piątek, 26 grudnia 2008 0:20

                                                                     V.

                                WŚRÓD SWOICH

 

   Dojechaliśmy późnym wieczorem do Zakładu Karnego w Uhercach.

      -  Przywiozłem nowy towar. - zwrócił się Dembski do kogoś ze służby więziennej przy bramie obozowej. Wjechaliśmy przed budynek administracyjny, gdzie przejęła nas tutejsza służba. Długie formalności z wypełnianiem różnych akt, kartotek; zadawanie pytań typu: imię i nazwisko, imiona rodziców, adres, wzrost, waga, znaki szczególne... To wszystko trwało już jakieś pół godziny, a w żołądku zaczęło ściskać z głodu. Jednakże schludne, pachnące świeżym lakierem ściany, światło i ciepło pomieszczenia dawały poczucie względnego bezpieczeństwa, zwłaszcza, że od opuszczenia samochodu nie widzieliśmy już Dembskiego.

     Kiedy zdawaliśmy do depozytu rzeczy osobiste, poprosiłem panią porucznik, by pozwoliła mi zatrzymać różaniec, łańcuszek z krzyżykiem i książeczkę do modlenia? Przystała na moja prośbę, ale zegarek musiałem oddać. Na szczęście, paska od spodni i sznurowadeł już nie zabierano. Jeszcze pobranie z magazynu bielizny pościelowej, której daleko było do białości, dwóch szarych kocy, aluminiowej miski, kubka, łyżki i widelca. Tak objuczeni, powędrowaliśmy przez plac, do piętrowego pawilonu na górce, mijając kilka jasno oświetlonych bram, odzielajacych różne części obszernego placu więziennego.

     Kiedy zatrzasnęła się za nami ostatnia brama jednego z wielu ogrodzonych wysoką siatką i oświetlonych sektorów, ujrzeliśmy naprzeciw, we wszystkich okratowanych oknach głowy internowanych? Obserwowali nas od chwili przywiezienia. - Skąd jesteście?! Kiedy was zabrali?! Co tam słychać?! - rozległy się nawoływania. -Jarosław! Przemyśl! Bircza! - zdążyliśmy prawie równocześnie odkrzyknąć, bo już konwojujący strażnik niemal zagarnął nas do głównej bramy pawilonu. Zostaliśmy skierowani na prawo i wprowadzeni do celi nr12 na parterze.

       Przypominała wielkością dużą salę lekcyjną. Stało w niej 8 par różnie ustawionych, piętrowych łóżek. Na wprost drzwi - stół, parę taboretów i 2 ławki - wszystko w jednakowym popielatym kolorze. W rogu, na prawo od drzwi, oddzielona od sali niskim murkiem, znajdowała się toaleta: kibelek i umywalka z lustrem. Wprawdzie, poza murkiem nie było żadnej osłony, ale dobre i to, bowiem spłuczka gwarantowała, że nie będziemy skazani na smród, jaki nam towarzyszył w celi przemyskiego aresztu.

    Po przydzieleniu nam wolnych pryczy i wyjściu strażnika, natychmiast otoczyli nas internowani. Byli z różnych stron województwa; z Lubaczowa, Przemyśla, Przeworska i okolic tych miast - kolejarze, robotnicy, rolnicy lekarze, nauczyciele. Ściskali nas na powitanie, jakbyśmy znali się od dawna. Tez pytaniom nie było końca: Skąd? Kiedy? Co słychać na wolności? Jakie nastroje panują wśród społeczeństwa?

     Wszyscy już byli po kolacji, wiec stanęliśmy przed perspektywa pójścia spać o pustym żołądku, ale znaleźli koledzy jeszcze parę kromek chleba z margaryną i marmoladą. Niestety, do popicia nic już nie było, jedynie zimna woda z kranu.

     Podczas naszej pierwszej obozowej kolacji, która wyjątkowo smakowała, zaczęli nam opowiadać, jak ich aresztowano, jak trzymano na Komendach MO w Przemyślu, Jarosławiu, Przeworsku i Lubaczowie i jak ich potem wieziono.

     Wieziono ich autobusami z Przemyśla. Były też kobiety. W okolicy Krościenka ktoś z konwoju przez krótkofalówkę spytał, czy granica jest otwarta. Wszyscy wpadli w panikę myśląc, że teraz wywiozą ich „na białe

niedźwiedzie". Podobno jedna z kobiet zwariowała. Po przyjeździe na miejsce i rozlokowaniu w poszczególnych celach przeżyli moment grozy, gdy uzbrojeni w hełmy, tarcze i pałki klawisze wkroczyli do sal, demonstrując swoja siłę poprzez bicie pałkami o tarcze. Na szczęście, był to tylko pokaz siły.

     O 21.30 wszedł jeden z klawiszy, sprawdził obecność, po czym kazał rozebrać się , złożyć odzież w kostkę na taboretach i wynieść wszystko na korytarz. Potem zgasił światło od zewnątrz, bowiem w celi nie było włączników ani gniazdek sieciowych. Wystarczyło tylko światło z obozowych latarni na zewnątrz, rozjaśniające cele na tyle, że można było grać w karty. Ale  na tę rozrywkę mogliśmy sobie pozwolić nieco później. Teraz  rozpoczęły się „nocne rodaków rozmowy". 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 24 grudnia 2008 0:18

                                                                                         IV.

 

                                 TRANSPORT DO OBOZU

 

 

      Kolejny dzień, czwartek. Tej nocy trochę drzemałem, budząc się co jakiś czas, by zmienić pozycję i dać odpocząć niektórym częściom ciała od twardego podłoża. Przyzwyczailiśmy się do smrodu, ale dokuczał brak możliwości umycia się. Janusz dostał dreszczy, więc dałem mu płaszcz, w którym trochę pochodził po celi a potem położył się i nakrył się nim.

     Zmianę strażnika w tym dniu miał stary milicjant,którego nasz stomatolog Andrzej poznał jako posterunkowego z Birczy. Za  jakieś przewinienie został „zesłany do ciupy". Poczęstował Andrzeja papierosem i powiedział, że wieczorem nas wywiozą do obozu. Przyjęliśmy to jako zbawienną wiadomość, bowiem dość już mieliśmy tej celi - tego smrodu, brudu, twardej sceny, widoku obskurnych, spleśniałych ścian.

      Liczyliśmy niecierpliwie godziny, a czas, jak na złość, biegł powoli. Ten dzień dłużył się niesamowicie. Wypełnialiśmy go rozmową. Korzystając z faktu, że nie ma już wśród nas kapusia, mogliśmy swobodnie mówić o swojej działalności związkowej, o tym, co się stało, o naszych rodzinach.

      Gdzieś ok. szesnastej (strażnik poinformował nas o godzinie) zaczęto nas brać pojedynczo na przesłuchania. Właściwie nie było to przesłuchanie, tylko luźno zadawane przez kpt. Dembskiego pytania: czy nie zmądrzeliśmy przez ten czas; po co nam to było itd. Mówił, że gdyby mógł to inaczej by z nami rozmawiał. Mówił też, że „Solidarności" już nie będzie, że nasze mrzonki o niej możemy sobie wybić z głowy. Zwracał się do mnie w liczbie mnogiej, choć byliśmy tylko dwaj. Dolata i Kurowski byli na rozmowie wcześniej.

      Nie chcąc dawać Dembskiemu pretekstu do agresji, wszystkie jego uwagi zbywałem milczeniem. Na koniec podsunął mi DECYZJĘ O INTERNOWANIU oraz NAKAZ ZATRZYMANIA, abym ten ostatni dokument podpisał. Przeczytałem, że nawoływałem do niepokojów społecznych, że moja działalność zagrażała ustrojowi i sojuszom, że planowałem napad na magazyny wojskowe w Kidałowicach. Ogarnęło mnie oburzenie wobec takich wymyślonych zarzutów, więc, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Dokonałem pierwszego aktu oporu.

         - Tego nie będę podpisywał. - powiedziałem z pełną determinacją w głosie i, chcąc zaznaczyć jakoś swój sprzeciw wobec tych zarzutów, pod  miejscem oznaczonym na podpis zatrzymanego napisałem: Brak podstawy prawnej i odmawiam podpisu. Przemyśl, 17.XII.1981 r. T. Petry .

        Nie wiedziałem, czy ma to jakieś znaczenie z prawnego punktu widzenia, ale dla mnie było ważne, że nie podpisałem „ich" decyzji, tylko swoja adnotację.

        Zobaczyłem wściekłość na twarzy Dembskiego, ale było mi już wszystko jedno. Kiedy raz pokona się strach przestajemy się już bać.

        - Ręce! - warknął przez zaciśnięte zęby Dębski i sięgnął za siebie. Wyciągnąłem dłonie i...pierwszy raz w życiu poczułem na przegubach kajdanki. Zawołał funkcjonariusza, który przyniósł mój bagaż. W dużej, brązowej kopercie były sznurowadła, pas od spodni, zegarek i srebrny łańcuszek z medalikiem. Zostałem na chwilę rozkuty, bym mógł zasznurować buty, założyć pas, zegarek i łańcuszek. Kazano mi ubrać płaszcz i znowu skuto ręce.

        Trzymając przed sobą teczkę i szmaciana torbę, schodziłem za funkcjonariuszem do wyjścia. Była już chyba osiemnasta. Odurzyło mnie mroźne, świeże powietrze. Przed wejściem stał już kryty plandeką milicyjny gazik, do którego mnie wsadzono. Siedzieli już w nim, plecami do kierowcy, Andrzej i Janusz, również skuci kajdankami. Obok nich usadowił się jeden funkcjonariusz, obok mnie, na przeciw moich współtowarzyszy niedoli,drugi.Dembski usiadł obok kierowcy.

      Jechaliśmy dość długo. Funkcjonariusze zabronili nam rozmawiać, wiec podróż dłużyła się. W pewnym momencie, na bieszczadzkich serpentynach wpadliśmy w poślizg i omal nie przewróciliśmy się. Odczuliśmy to natychmiast na przegubach dłoni, gdyż w trakcie gwałtownych ruchów spowodowanych ostrym hamowaniem i wyprowadzaniem pojazdu z poślizgu, nasze kajdanki zacisnęły się bardziej i zaczęły niesamowicie uwierać. Na szczęście ten stan nie trwał już tak długo, gdyż zbliżaliśmy się - jak wywnioskowaliśmy z rozmowy Dembskiego z kierowcą - do celu naszej podróży, do obozu odosobnienia  w Uhercach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 21 grudnia 2008 23:42

                                                   III.

 

                                    W CELI

 

      Z trudem szedłem, trzymając jedną ręką opadające spodnie bez paska, w trzewikach bez sznurowadeł, mając zarzucony na plecy długi, zimowy płaszcz. Zeszliśmy do poziomu obskurnych piwnic. Zionęło stęchlizną i smrodem dworcowych ubikacji. A więc, zaczyna się areszt. Strażnik, który mnie przejął, wydał mi z podręcznego magazynu cienki, gumowany materac, otworzył celę i kazał kłaść się spać.

     W celi panował niesamowity, latrynowy smród. Rozświetlało ją mdławe, żółte światło okratowanej nad drzwiami, mocno zakurzonej lampy. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do półmroku, zobaczyłem, że rolę pryczy więziennej pełni coś w rodzaju sceny obitej twardą płytą pilśniową.To na niej strażnik rozkazał mi położyć materac - na samym środku, pomiędzy dwoma aresztantami. Właśnie rozbudzili się, unieśli na chwilę głowy, po czym odwrócili się na drugi bok i zasnęli.

      Kiedy kładłem się na materacu, mój wzrok przykuły ciemne plamy na skraju podestu. Po plecach przeszedł dreszcz na myśl, że są to z pewnością ślady krwi po bitych aresztantach.

     Tej nocy nie zmrużyłem oczu. Leżąc na twardym podeście, rozmyślałem o tym, co się stało, co się jeszcze może wydarzyć, o tych plamach krwi na scenie. Czas niemiłosiernie dłużył się, a zegarek został zabrany i nie sposób teraz sprawdzić godziny. Z ulicy czy z  podwórza, przez okienko dolatywał warkot samochodu, na korytarzu również zrobił się ruch, słychać było odgłosy kroków, zamykanych drzwi, rygli, zamków, rozmowy funkcjonariuszy, jakieś meldunki, a wszystko to przeplatane wulgarnym słownictwem, dotąd raczej mi obcym.

     W pewnym momencie zacząłem rozróżniać kontury. Świt wdzierał się przez brudne, obrośnięte pajęczynami, zakratowane okienko. Widziałem już podstawowy i jedyny element wyposażenia celi, duży baniak częściowo wypełniony fekaliami. Zebrało mi się na mdłości. Rozróżniłem też dwóch, nadal śpiących współlokatorów, nic nierobiących sobie z zimna, smrodu i niewygodnego posłania. Obudził ich zgrzyt zamka, otwieranych drzwi i okrzyk strażnika: -Wstawać! Jedzenie!

     Powoli zwlekliśmy się ze scenki. Każdy dostał w aluminiowym kubku gorącą, czarną kawę zbożową, bez cukru i przełożoną dwiema kromkami chleba kosteczkę szarej margaryny. Żadnej łyżeczki ani noża. Zresztą, margaryna i tak była śmierdząca, więc wylądowała w kiblu. Sam chleb popijaliśmy kawą.

     Gdy tylko zamknęły się drzwi. Dokonaliśmy aktu prezentacji. Moi towarzysze niedoli to lekarz stomatolog z Birczy, Andrzej Dolata oraz pracownik biura Zarządu Regionu „Solidarności „ w Przemyślu, Janusz Kurowski. Przy tej ceremonii odstawiliśmy na chwilę kubki z kawą. Zrobiłem to dość nieostrożnie, więc kawa wychlapała się na podest, pozostawiając po sobie kolejną ciemną plamę. Zacząłem się śmiać, mówiąc kolegom, jakie przypuszczenia snuły mi się w głowie w związku z tymi plamami.

     Czas nadal dłużył się, ale mogliśmy już rozmawiać, wspólnie analizować sytuację. Zjedliśmy podany obiad: jęczmienną kasze bez smaku i omasty, zupę- juchę z kawałkiem pora i ziemniaka. Tu już mieliśmy łyżkę i widelec. Kolacja była powtórką śniadania, więc spotkał ją ten sam los, czyli lądowanie margaryny w kiblu.

     Przywołaliśmy strażnika, prosząc o możliwość wyniesienia kubła z fekaliami.

 - Teraz nie. Aż będzie pełny, to się go wyleje. Takie są przepisy. - odparł krótko strażnik i zamknął drzwi.

   Postanowiliśmy, że będziemy do baniaka oddawać jedynie mocz. Za większą potrzebą będziemy prosić strażnika o zaprowadzenie do ubikacji. Było nas tylko trzech, wiec szansa na wypełnienie baniaka była znikoma, ale lepszy już smród tylko moczu niż ...

     Dlaczego o tym piszę? Bo oprócz aresztowania i pierwszego przesłuchania, przez te warunki bytowania zaczynało się nas odzierać z godności.

     W południe, po „obiedzie" dano nam jeszcze jednego aresztanta. Sam przyznał, że nie był internowany, tylko przyłapany na kradzieży. Wydało się nam podejrzane, że dają nam złodzieja do celi. Wszyscy trzej pomyśleliśmy, że jest to „wtyka", dlatego ograniczyliśmy nasze rozmowy do opowiadania dowcipów, bez poruszania spraw związkowych, osobistych i politycznych. Pod wieczór nasz nowy współlokator zabrany został na przesłuchanie i więcej nie wrócił. Zbliżała się kolejna, koszmarna noc.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 21 grudnia 2008 0:44

                                         II.

 

                              PRZESŁUCHANIE

  

 

       Zajechaliśmy wpierw pod budynek Komendy Miejskiej MO, w którym załatwiono jakieś formalności. Prawdopodobnie miała w nim swoją siedzibę również Służba Bezpieczeństwa. Panowie rozpłynęli się, w ciemności, pozostawiając mnie pod opieką mundurowego.

       Przemierzając wymarłe uliczki tego starego, nadsańskiego grodu, podążałem z moim „opiekunem" pod górkę, objuczony skórzaną teczką i płóciennym workiem z rzeczami osobistymi. Zmierzaliśmy do innego budynku, w którym - jak się później okazało - miałem spędzić dwie noce jako aresztant.

       - Nie chciałem panu mówić przy tych esbekach. - odezwał się do mnie mundurowy - W samochodzie musiałem z panem inaczej rozmawiać ze względu na nich. Jestem Roman O., brat Andrzeja ( z pewnych względów, nie wszystkie nazwiska podaję w pełnym brzmieniu. Andrzej był szefem „Solidarności" w jednym z wiodących zakładów przemysłowych i członkiem Zarządu MZK „S"- przyp. T.P.). On i szef MZK ukrywają się. Zdążono ukryć wasz sztandar. W czasie pacyfikacji biura znaleziono tylko drzewce. Będzie pan wywieziony do Uherc. To jest ta Nowa Wieś. Tam są już wszyscy, internowani trzynastego. Teraz będzie pana przesłuchiwał kpt. Dembski. Niech pan z nim nic nie rozmawia, bo to stary stalinowiec. Najlepiej milczeć. No niech pan się trzyma. Może to wszystko nie potrwa długo.

        Ta krótka rozmowa w jakiś sposób uspokoiła mnie, a tak przyjazna postawa tego podporucznika milicji uświadomiła mi, że nie wszyscy po tamtej stronie są draniami.

         Weszliśmy do budynku. Dyżurny milicjant sprawdził jakiś dokument podany przez mojego „konwojenta" i skierował nas do dużego pomieszczenia na pierwszym piętrze. Tu czekał już na mnie kpt. Dembski, któremu zostałem przekazany. Z podkasanymi rękawami rozpiętej bluzy munduru „moro", bez pasa, sprawiał wrażenie oprawcy czekającego na swoja ofiarę. Widać było po jego wyglądzie i zaczerwienionych z niewyspania zapewne, stalowych oczach, że przed chwilą uciął sobie drzemkę. Miał złe spojrzenie.

       - Wyładować wszystko, opróżnić kieszenie! - warknął przez zaciśnięte zęby - Zdjąć zegarek, pasek od spodni, sznurowadła!

        Wykonywałem posłusznie wszystkie polecenia, kładąc po kolei osobiste rzeczy na stole. Po spisaniu ich przez obecnego sierżanta, musiałem wszystko spakować jeszcze raz do skórzanej teczki i płóciennej torby, podpisać listę i trzymając spodnie w garści, patrzeć, jak sierżant wszystkie moje manele gdzieś wynosi. Został mi tylko ciężki, sukienny, długi płaszcz, tzw. „bunda" - jak się później okazało, bardzo przydatny w czasie mojego internowania.

       -Siadać! - znowu warknął Dembski, wskazując krzesło przy stole pod ścianą . Sam przysiadł na skraju stołu i zaczął mi powtarzać to samo, co już słyszałem w samochodzie, że „ekstrema" zmusiła ...itd. Pomny przestrogi, milczałem dłuższy czas, bębniąc tylko palcami w blat stołu. Jednak, gdy dotknął sprawy Kościoła, oskarżając go o popieranie „ekstremy", nie wytrzymałem i przerywając mu wywód, wspomniałem, że przecież prymas Glemp, jak i wcześniej prymas Wyszyński robili wszystko, by łagodzić wszelkie napięcia. Chciałem właśnie nawiązać do ostatniego spotkania u prymasa Glempa, ale rozsierdzony Dembski, nachylając się nade mną, dosłownie pieniąc się z wściekłości, krzyknął: - Ja, gdybym mógł, to tego Wyszyńskiego dawno kazałbym rozstrzelać!   

- Na szczęście, nie mógł pan - odparłem z dziwnym dla mnie samego spokojem i zdrętwiałem, gdy zobaczyłem jego pełne wściekłości oczy. Spodziewałem się uderzenia, ale on tylko zerwał się, zawołał funkcjonariusza i kazał odprowadzić mnie do aresztu. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  94 591  

Słownik internetowy

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 94591
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3454
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 3910 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl