Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 378 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Czas strachu, łez i nadziei

niedziela, 22 lutego 2009 1:46

                                                                                XVII.

                                „RADOŚĆ SIĘ Z  TROSKĄ PLECIE"

                                  /Jan Kochanowski Pieśń IX /

  

     W lutym żona  zrobiła mi niespodziankę. Przychodzę na „widzenie"  do świetlicy i  oto dostrzegam, że znowu nie jest sama. Trzyletnia moja Kasieńka  - z początku trzymająca się kurczowo płaszcza mamy, jakby chciała schować się w razie  nagłej potrzeby za nią - przygląda  mi się badawczo  swoimi niebieskimi oczętami, z paluszkiem przy buzi (zawsze tak robiła, gdy wstydziła się czegoś , albo brak jej było pewności siebie), wreszcie  rusza  ku mnie z wyciągniętymi rączętami i mocno, mocno wtula się w moje ramiona.  Nagle odpycha się ode mnie, gdy ją wycałowuję.

    -Kłujesz, tatuś! -mówi poważnym głosem, przyglądając się z bliska mojej rudej  brodzie i głaszcząc ją delikatnie swoją ciepłą rączką. Boże! Jaką

radość sprawiła mi małżonka tym „moim skarbuszkiem".

     Kasia już nie schodziła z moich kolan. Kiedy znudziło się  jej podziwianie ojcowskiej brody, zaczęła obserwować wszystko dookoła. Tymczasem Krystyna relacjonowała mi, co działo się w mieście i wokół rodziny. Znowu pomyślne wieści, znowu odwiedziny różnych dobrych ludzi, pomoc materialna, pozdrowienia - dowody pamięci i modlitwy.

    - Wiesz, przedwczoraj odwiedził nas ojciec Bogumił ze swoim przyjacielem , ojcem Jakubem.

     - Nie znam tego ojca Jakuba. Nie było go u Dominikanów.

     - Też go nie znałam. On jest w innym klasztorze. Przyjechał tu w odwiedziny. Bardzo sympatyczny, taki elegancki. Podał dla ciebie ten różaniec i zapewnił że cały czas będzie się modlił w twojej intencji. - Wyjęła z torebki metalowe kółeczko w kształcie pierścionka, z krzyżykiem i dziesięcioma wypustkami dokoła. Pierwszy raz widziałem tego typu różaniec.

     - Wiesz, zakładasz go na palec i odmawiasz sobie „dziesiątek Zdrowaś Mario". Jest praktyczny, bo możesz modlić się wszędzie: w autobusie , w pociągu, przesuwając go dyskretnie wokół palca kciukiem i nikt nawet nie wie, że odmawiasz Różaniec.

        Byłem wdzięczny nieznajomemu zakonnikowi za ten prezent, za obiecaną modlitwę. Byłem wdzięczny o. Bogumiłowi naszemu przyjacielowi za opiekę, jaką otoczył moją rodzinę. Tak, ten dzień mógł być dla mnie radosnym dniem, gdyby nie jeszcze jedna wiadomość.

        - Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć. - zwróciła się do mnie Krystyna na pożegnanie. - Wiesz, jak zmartwienia  na mnie działają. No i odbiły się na moim zdrowiu... Będę miała zabieg. - Powiedziała  to niby z uśmiechem, spokojnie, ale ze łzami w oczach. - Nie martw się, lekarz powiedział, że nie powinno to być nic groźnego, że to tylko rutynowy zabieg. Właśnie za tydzień mam się zgłosić na wypalanie. Nie jest to groźne, ale też nie należy do przyjemności. Nie mówiłam nic mamie, bo i tak chodzi jak struta. Po co ma się ona zamartwiać.

          Przytuliłem ją mocno, bo wiedziałem, że teraz potrzebuje szczególnie mojej bliskości. Czułem, że płacze. Mnie też było ciężko. Ta wiadomość poraziła mnie i zaległa ciężarem.

       - Nie płacz.

       - Nie płaczę. Tylko wiesz, jak nam Ciebie brakuje? Mama nie może sobie miejsca znaleźć, dzieci też to przeżywają. Wychowawczyni Bartka zauważyła, że jest zamknięty w sobie. A teraz  jeszcze to...

        - Wierzę, że wszystko ułoży się szczęśliwie. Teraz twoje zdrowie najważniejsze. Przyrzekam, że jak wyjdę, nie będę pchał się do niczego. Będę tylko z wami.

       Nie wiedziałem, skąd takie postanowienie zrodziło mi się nagle w głowie, ale było ono teraz konieczne. Czułem się winny cierpienia moich najbliższych, choroby Krystyny. Kiedy zgodziłem się być  szefem „Solidarności" nauczycielskiej, żona przez miesiąc nie odzywała się do mnie, teściowa  zaś przepowiadała, że to źle się skończy dla mnie  i dla rodziny. Wtedy, cierpiąc z powodu braku zrozumienia ze strony najbliższych, w ciągu tego „milczącego miesiąca" namalowałem bardzo ekspresyjny wizerunek Chrystusa w agonii na krzyżu. Namalowałem ten wizerunek, inspirowany jednym dziwnym snem, jaki miałem swego czasu - wtedy, gdy dopiero zaczęły  się sierpniowe strajki, początkujące ruch solidarnościowy.

     Leżę na wznak w trawie, w ogrodzie rodziców. Jest późne popołudnie. Nie ma ani jednej chmurki. Nagle, na niebie widzę krzyż z umierającym, Chrystusem. Krzyż obniża się tak, że widzę wyraźnie bolesne i srogie zarazem oblicze Jezusa. Wtem, Chrystus odrywa prawą dłoń od krzyża i energicznym ruchem opuszcza ją, wskazując palcem na mnie. Czując dziwny strach na widok tego gestu , z krzykiem - Nieee! - robię unik przed  palcem Ukrzyżowanego i ....budzę się, cały spocony.

 

     Wracając z „widzenia", słyszałem płynący z okien  naszego pawilonu głośny śpiew kolegów, witających w ten sposób przybyłych funkcjonariuszy SB:

           „Kra! Kra! Kra!

             WRONisko krakało,

             a SB szalało -

             Kra! Kra! Kra! Kra! Kra!"

      Dużo rodzin przyjechało też w tym dniu w odwiedziny, więc trzeba było przekazać im nastrój , jaki tu, u nas panował. Ten śpiew spodobał się też mojej Kasi. Jak później opowiadała mi Krystyna, Kasia w ciągu całej powrotnej podróży kursowym autobusem, ku uciesze pasażerów śpiewała:        „Kla! Kla! Kla!

wloniśko klakało,

a eśbe sialało -

Kla! Kla! Kla! Kla! Kla!"

  - A mój tata jeśt w więzieniuuu! - chwaliła się przy tym moja  mała pociecha, mimo uciszania przez mamusię. Cukierki od pasażerów były skuteczną zachętą do powtarzania piosenki.


     Tymczasem noc po tej wizycie była dla mnie koszmarem. W ogóle, większość nocy - jak już wcześniej wspominałem - spędzaliśmy na indywidualnych rozmyślaniach. Zasypiało się dopiero nad ranem.

      Różne myśli tłoczyły mi się do głowy, a szczególnie te , związane z choroba Krystyny. Kolejna noc i znów to samo. Odmówiłem cały Różaniec,

wszystkie znane modlitwy, wypaliłem kilka papierosów, zanim nadszedł niezwykły sen. Sen dziwny, z którego wybudzili mnie koledzy, bo ponoć bardzo głośno płakałem.


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 18 lutego 2009 0:58

                                                                              XVI.

 

                                          MATUCHNA

 

       W drugiej połowie stycznia  odwiedzili mnie  moi rodzice i żona. Pobieżna rewizja i spotkanie. Matula - jak to kobieta - rozpłakała się na mym ramieniu, ojciec uścisnął po męsku, ale też pogłaskał tą swoją wielką, szorstką dłonią po głowie  - jak zawsze, gdy mnie, będącego dzieckiem,  utulał po skończonej bajce do snu, albo koił  ból po złej przygodzie. Lubiłem to ojcowskie głaskanie nawet, gdy już głos mi mężniał. Pamiętam - często, gdy już zasypiałem, albo udawałem, że śpię, tato przysiadał na skraju łóżka i  dłonią, która potrafiła też mocno złoić skórę, delikatnie głaskał  po głowie, a ja bezpiecznie „odpływałem" w inny świat. Dlatego też nie szczędziłem później tego głaskania swoim dzieciakom.

       Ojciec niewiele mówił. Raczej słuchał . W jego oczach widziałem głęboką troskę, ale i dumę zarazem. Matula wycierała łzy, a tymczasem żona opowiadała o wszystkim, co dzieje się po tamtej stronie: o odwiedzinach znajomych - tych starych znajomych i tych zupełnie nowych, których miałem poznać dopiero po wyjściu na wolność, o paczkach z PCK i z parafii, o pomocy finansowej od nauczycieli z naszych szkół. Maturzyści z mojej szkoły zrezygnowali w tym roku z tradycyjnej studniówki  na znak protestu przeciw internowaniu dyrektora ich szkoły(Mariana Janusza) i mnie. Dla nas obydwóch ten gest młodzieży był budujący. Gdy później, w celach opowiadaliśmy o tym kolegom, nie kryliśmy  wzruszenia i dumy  z naszej młodzieży.

     W tym czasie miałem już spory, rudy (niestety) zarost. Na ogół wszyscy internowani zrezygnowali z golenia się , nie tylko ze względu na brak ciepłej wody i konieczności oszczędzania żyletek, ale przede wszystkim  dlatego, że zarost stał się naszym wyróżnikiem. Niektórzy  przyrzekli sobie, że nie będą golić brody  przez cały okres trwania stanu wojennego. Z powodu tego zarostu żona i rodzice trochę błądzili wzrokiem po wchodzących do sali widzeń internowanych , zanim mnie rozpoznali , ale szybko zaakceptowali mój wygląd.

      Mama - jak to każde matczysko - najpierw wypytała mnie o wszystko: czy nie jest mi zimno, czy nie jestem głodny, czy ubieram się ciepło itd. Zapewniła, że wszyscy znajomi na wsi modlą się  co dzień w mojej intencji. W pewnym momencie zdradziła swój zamiar. Otóż, wybiera się do Przemyśla, do swojej przyjaciółki z pracy (obie uczyły w tej samej szkole),bo jej mąż jest wysokiej rangi milicjantem, gdzieś tam przy Komendzie Wojewódzkiej  i będzie u niego interweniowała w mojej sprawie.

    -Jak nazywa się ta twoja przyjaciółka, mamo? - spytałem nieco zaniepokojony, bowiem nie bardzo miałem ochotę korzystać z łaski  kogoś z tamtej strony muru, a zwłaszcza, że kiedyś obiło mi się o uszy nazwisko tej koleżanki. Teraz chciałem tylko upewnić się.

    - Nie wiesz? Dembska.... Już się z nią umówiłam. - odparła radośnie matula, jakby chciała  mi uświadomić, że oto niedługo skończy się moja niewola.

     Gdybym nie był nauczycielem języka polskiego i gdybym nie rozważał na lekcjach z młodzieżą dwóch scen literackich, przedstawiających bezskuteczne wstawianie  się matek u katów swych dzieci, może w końcu, mimo pewnych oporów, zgodziłbym się  na te interwencję. Ale, że właśnie byłem polonistą i te sceny natychmiast skojarzyły mi się z inicjatywą mojej  kochanej matuchny, dlatego nie mogłem dopuścić, by tym razem życie  zilustrowało literaturę. Proszę więc mamę, by nie odwiedzała swojej koleżanki, by o nic nie prosiła, bo właśnie Dembski tak a nie inaczej mnie potraktował i dlatego wszelka interwencja u niego  z góry skazana jest na niepowodzenie. Tylko upokorzy się przed nim i...tyle.

     Widziałem w jej  twarzy nagłe przygnębienie. Chciała jak najlepiej dla mnie, a tu... Obiecała , że nie zrobi tego, ale - na  tyle znałem swoja matuchnę, by być  pewnym, że nie odstąpi od swego pierwotnego planu.

    W czasie następnych odwiedzin zdała mi relacje z owej wizyty. Była u Dembskich. Dość długo czekała na powrót z pracy męża swojej przyjaciółki. Już wcześniej jednak ona wyznała , że  jej mąż niewiele będzie mógł pomóc w mojej sprawie, bowiem to nie od niego zależy zwolnienie.

     Kpt. Dembski był ponoć uprzejmy. Jak dowiedziałem się z relacji matuli, początkowo nie mógł mnie sobie przypomnieć, ale, gdy wreszcie skojarzył nazwisko, powiedział, że przypomina sobie moja „butną, arogancką postawę" i, jeżeli tak zachowuję się w obozie, to nie wypuszczą mnie prędko. Poza tym, on niewiele może już w tej sprawie pomóc, bo tylko mnie przekazał, a teraz ktoś inny decyduje o moim losie. No i moja postawa , jeśli będzie „inna" , to może mi ułatwić wyjście na wolność... Potem gdzieś się śpieszył i praktycznie nic matuli mojej nie obiecał.

      Nie wiem, dlaczego (i może to komuś wydawać się dziwne),  ale właśnie w tym momencie cieszyłem się z nieudanej misji mojej matki. Właściwie z początku byłem wściekły . I na to, że - mimo obietnicy - pojechała do Przemyśla, i na Dembskiego, że tak potraktował moją matkę, że musiała przed nim się ukorzyć . Z drugiej jednak strony miałem jakąś dziwną satysfakcję, że facet zapamiętał mnie właśnie takim - „butnym", „aroganckim". A kochana moja Matuchna gotowa była do jeszcze większych poświęceń, żebym tylko wyszedł na wolność.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

czwartek, 12 lutego 2009 23:02

                                                                                     XV.

                                       I BYŁY TEŻ „RUSKIE"

 

 

          W miesiąc po wizycie ks. bpa Błaszkiewicza pojawili się w naszym obozie zapowiedziani  i oczekiwani goście: ks. Marian Rajchel  i pani Lusia Olszańska, dyrektorka jednej z jarosławskich szkół podstawowych. Przyjechali z transportem paczek od parafian z Jarosławia.

        Ks. Marian  to kapłan z charyzmą. Średniego wzrostu, o ascetycznym wyglądzie i zachowaniu, odznaczał się swoistym poczuciem humoru. Mówił lekko przytłumionym głosem z powodu pewnego schorzenia krtani, ale piękną polszczyzną. Jego bardzo głębokich w treści homilii słuchało się z wielką uwagą i długo zapadały one w pamięci słuchaczów. Można powiedzieć, że każda z nich była małym utworem literackim. Nic dziwnego, że „porywał" wszystkich, którzy choć raz go słyszeli. Potrafił też słuchać   innych, a ta cecha u kapłana jest niezwykle ważna i pożądana. Dzięki tej charyzmie skupił wokół siebie sporą gromadę ludzi aktywnych, stając się, obok proboszcza Kolegiaty, Ks. Bronisława Fili, drugim kapłanem, cieszącym się w mieście tak znaczącym autorytetem.

      Ks. Rajchel był proboszczem malutkiej, wydzielonej parafii  Maryi Królowej Polski, z prowizorycznym, niedawno wybudowanym drewnianym kościółkiem,  przypominającym duży szałas pasterski.  Obok plebanii, mieściły się  murowane baraki wykorzystywane podczas budowy, teraz zaadoptowane na salki katechetyczne i duszpasterskie. W jednej takiej salce  miały odbywać się spotkania KIK-u, który swoją działalność miał rozpocząć z udziałem ks. bpa Błaszkiewicza właśnie 13 grudnia 1981 . r. W wieczór poprzedzający noc stanu wojennego, pod czujnym okiem zacnego proboszcza, przygotowywaliśmy właśnie tę salkę na jutrzejszą inaugurację. Prace przeciągnęły się do północy. Wcześniej odwiedzili nas jeszcze koledzy z Międzyzakładowej Komisji Związkowej „Solidarności", którzy wracali ze swego dyżuru. Choć sytuacja była napięta, nic nie zapowiadało, że jutrzejszy dzień będzie pierwszym dniem „wojny polsko-jaruzelskiej".

      Teraz ks. Marian Rajchel przyjechał dodać nam otuchy, albowiem w obozie przebywało kilku jego parafian. A poza tym, on prawdziwie dawał przykład swej apostolskiej gorliwości. Pragnął odprawić dla nas Mszę św., ale władze nie zgodziły się na to. Nie uzyskał też zezwolenia na odwiedzenie nas w naszym pawilonie. Traktowany był jako prywatna osoba odwiedzająca, a nie jako kapłan z posługą duszpasterską. Mógł więc rozmawiać tylko pojedynczo ze wskazanymi przez siebie swoimi parafianami. Do nich zaliczył także mnie, choć należałem do innej parafii.

     W czasie rozmowy ks. Marian udzielał przede wszystkim wskazówek duchowych. Przekazał też obrazki religijne do rozdania wszystkim. Ucieszyłem się, bowiem do tej pory modliłem się do małej plastikowej plakietki z wizerunkiem Matki Boskiej Bolesnej - Jarosławskiej Piety , znajdującej się w ołtarzu mojego kościoła. Plakietkę tę zupełnie przypadkowo znalazłem, już po rewizji, w kieszeni marynarki i ten fakt odczytałem jako dowód na to, że Matka Boża jednak mnie nie opuściła.

     Ksiądz Marian zaskoczył mnie, proponując przejście na „ty". Był przecież o kilkanaście lat starszy ode mnie , a w dodatku...ksiądz  z takim autorytetem... Potraktowałem to wyróżnienie jako wyraz szczególnej życzliwości i zaufania, więc przystałem na tę propozycje , choć z początku to „ty" wymawiałem nieśmiało, niewyraźnie.

     Prosił na ostatek,  abym skrzętnie notował wszystkie spostrzeżenia, przemyślenia - jednym słowem - wszystkie przeżycia, bo kiedyś mogą stanowić ważny materiał dokumentarny. Obiecałem , ale - jak widać - zabrałem się do tego znacznie, znacznie później, z wyjątkiem opisanej „na gorąco" historii naszego kwietniowego buntu, zakończonego przeniesieniem nas do obozów w Nowym Łupkowie i Załężu.

    I były też „ruskie pierogi".  Tu ,wyjątkowo, słowo „ruskie" miało pozytywny wydźwięk. Towarzysząca księdzu Marianowi pani Lusia Olszańska, kobieta o wielkim sercu i równie wielkim poczuciu humoru, trochę na wesoło, trochę przez łzy opowiadała, jak zaangażowała grono przyjaciółek - nauczycielek i znajomych  do lepienia pierogów.  Na pewno nie brała pod uwagę faktu, że, jako dyrektorka szkoły, ryzykowała swoje stanowisko, organizując taką akcję i przyjeżdżając do internowanych. A przecież pamiętałem, jak przestrzegano mnie w trakcie zakładania kół „Solidarności" nauczycielskiej, że w szkole, gdzie była dyrektorką, będę miał ogromne trudności właśnie z nią. Tymczasem u niej powstało jedno z najbardziej prężnych kół „Solidarności", do której jako pierwsza zapisała się, pociągając innych nauczycieli. Ona też była główną  inicjatorką przyjazdu księdza Mariana do obozu.

   I żeby tradycji takich odwiedzin stało się zadość, pani Lusia wypełniła ostatnią część swojej misji, przekazując dyskretnie liściki do mnie do innych internowanych.

   Tego wieczoru na korytarzu więziennym postawiono  dwie kuchenki elektryczne i na kolację wszyscy internowani pałaszowali  przysmażane „ruskie".

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 11 lutego 2009 0:16

                                                                                         XIV.

 

                         WIZYTY „SMUTNYCH PANÓW"(2)

 

 

 

      Moja pierwsza rozmowa w obozie z kpt. Cyrano była z pewnością dla niego samego zaskoczeniem.

       Z natury nie potrafię gniewać się , nie potrafię przejawiać złości.  Może to jest moją wadą, ale swoich prawdziwych uczuć nie uzewnętrzniam tam, gdzie mogą być wykorzystane przeciw mnie.  Szczery jestem dopiero, gdy mam pewność, że otaczają mnie sami przyjaciele. Dlatego i tym razem podjąłem grę, polegającą na sprawianiu wrażenia osoby innej, niż jestem naprawdę. Tu fałsz i obłuda  były cechami wskazanymi.

      Na rozmowę szedłem - przyznam - z pewna dozą ciekawości i jednocześnie nadziei. Wiedziałem, że od tego, jak się pokażę, na pewno zależeć będzie długość mojego tu przebywania. Wiedziałem też, że nie wolno mi zrobić nic, czego miałbym się potem wstydzić przed kolegami z celi.

      -Witam pana serdecznie! - zawołałem z szerokim uśmiechem na twarzy, zaraz na wejściu,  wyciągając rękę na powitanie.

      Cyrano, okrąglutki jak księżyc w pełni, w okularach krótkowidza, zaskoczony  zapewne tym, że zamiast przysłowiowych „rogów" spotkał się  na samym wstępie z serdecznością, podchwycił ten nastrój, zwracając się do mnie per: "Panie Tomaszu", „Drogi panie Tomaszu".

      Wypytywał o  moje samopoczucie, o zdrowie, o przemyślenia na temat sytuacji, w jakiej się znalazłem i  co sądzę o sytuacji w kraju. Oczywiście, wszystkie  „czerwone światełka" w mej świadomości intensywnie świeciły, ostrzegając, żeby nie wierzyć w okazywaną przez niego życzliwość, że to również jest gra z jego strony jako funkcjonariusza  SB i że należy być wstrzemięźliwym w udzielaniu jakichkolwiek informacji.  

       Rozpoczęła się więc między nami swoista gra,  której obydwaj byliśmy świadomi. Uśmiech nie schodził nam z twarzy od początku rozmowy do równie „serdecznego" pożegnania. Jedynie, kiedy Cyrano mówił o generale Jaruzelskim, o jego odpowiedzialności za Polskę, o wysiłkach partii, aby wprowadzić normalność - na jego posmutniałym nagle obliczu pojawiał się wyraz najwyższego  zatroskania, a głos stawał się mentorski. Jednocześnie jego zimne, bez wyrazu oczy, badały zza szkieł okularów moją reakcję. Jednakże niczemu nie zaprzeczałem, w niczym nie przytakiwałem. Zachowywałem się tak, jakby te słowa do mnie nie docierały i, uśmiechnięty,  patrzyłem mu prosto w oczy.

      Od pierwszego spotkania, przez wszystkie następne ( a  było ich jeszcze kilka), jedynym moim rozmówca był kpt. Cyrano. Za każdym razem obiecywał, że być może, następne nasze spotkanie będzie ostatnim, oznaczającym wyjście na wolność. Oczywiście, z uśmiechem na twarzy wyrażałem takie pragnienie, ale doskonale zdawałem sobie sprawę tego, że jest to tylko zmiękczanie mnie, że  Cyrano jedynie bada, na ile jestem „gotowy"  do przyjęcia  propozycji współpracy.  

      Po każdym takim spotkaniu analizowałem naszą rozmowę pod kątem ewentualnych następstw tego, o czym mówiłem. Musiałem również poddać ją  ocenie kolegów, zdając z niej szczerą relację. To było konieczne, taka obowiązywała niepisana zasada wśród internowanych.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 08 lutego 2009 0:07

                                                                                               XIII.

                                  WIZYTY  „SMUTNYCH PANÓW"(1)

         

       Wizyty funkcjonariuszy SB odbywały się prawie co dziennie, zwykle między dziewiątą a dwunastą. Przyjeżdżali po dwóch, trzech z Przemyśla i osobno z Krosna. Zazwyczaj każda wizyta kończyła się czyimś zwolnieniem, dlatego budziły one nasze nadzieje.

      - Może to na mnie przyjdzie dzisiaj kolej? -  myślał głośno niejeden z nas,  patrząc z utęsknieniem przez kraty na wchodzących „smutnych panów". Było to niebezpieczne uczucie dla psychiki, bowiem zawód spowodowany brakiem tej oczekiwanej decyzji po odbytej rozmowie z „panem", skutkował dodatkowym stresem, często załamaniem psychicznym, które trwało przez kilka dni i wtedy różne głupie myśli przychodziły do głowy.

        Tak więc, oczekiwaliśmy tych wizyt z niecierpliwością. Niektórzy koledzy do południa  tkwili przy kratach , wpatrzeni w ścieżkę wiodącą od budynków administracji.

     - Może dzisiaj „nasi" przyjadą. - wyrażali głośno swoją nadzieję i smutnieli gdy okazywało się, że tym razem nikt z esbeków nie przybył. Kładli się na swoich pryczach, utkwiwszy wzrok w suficie i oddając się rozmyślaniom. Już w tym dniu byli praktycznie wyłączeni z życia.

        To oczekiwanie, któremu z jednej strony trudno się dziwić, gdyż powodowane było zżerającą duszę  tęsknotą za najbliższymi , stanowiło też poważne zagrożenie dla każdego z nas, ponieważ osłabiało czujność wewnętrzną, zmiękczało w jakimś stopniu postawę wobec „wybawiciela z niedoli"- esbeka, który podsuwał, jako warunek wypuszczenia na wolność,tzw. „lojalkę" lub - co gorsze - zobowiązanie do współpracy. Jak później okazało się, ktoś  dał się na to naciągnąć.


       Pierwsi przyjechali nie nasi „opiekunowie", tylko  funkcjonariusze MO i SB, celem uzupełnienie papierkowych formalności. Przyjechali jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. To wtedy, jednemu z nich - starszemu już kapitanowi MO, którego znałem jeszcze z okresu młodości jako funkcjonariusza „lotnej" (dziś „drogówki"), konfiskującego w okresie przedświątecznym choinki kierowcom i furmanom - przekazałem dla mojej żony znalezione w kieszeni marynarki kartki żywnościowe.

       Drugi był funkcjonariuszem SB. Też go poznałem , bo - tak jak ja - był synem kierownika szkoły podstawowej. To Jasio Podgórski - parę lat młodszy ode mnie, którego rodzice byli moimi nauczycielami. Ojciec, gdy pełniłem już funkcję szefa „Solidarności", był jednym z inspektorów Wydziału Oświaty. Jasio nie poznał mnie , albo nie chciał poznać. Niezbyt dobrze zapisał się w pamięci internowanych, których miał "pod opieką" i ponoć, za przyczyną ich znajomych, spotkała go później „zła przygoda" w miejscu jego zamieszkania.

      Potem przyjechali funkcjonariusze w mundurach „moro". Jeden z nich, młody i przystojny porucznik z sumiastymi wąsami, weryfikował informacje o mojej działalności solidarnościowej. Sprawiał wrażenie, jakby znał dobrze środowisko nauczycielskie. Znowu dowiedziałem się, jakich to „zbrodni" planowaliśmy dokonać,  przed którymi społeczeństwo ocalił stan wojenny. Opowiadał, a wtórował mu drugi jego kolega, że widział solidarnościowe  listy przeznaczonych do likwidacji  funkcjonariuszy MO, że jednemu z jego znajomych wrzucono do mieszkania butelkę z benzyną , a były tam też dzieci w tym mieszkaniu, drugiemu zaś  znajomemu milicjantowi wymalowano na drzwiach mieszkania krzyż.

      - A dlaczego pan, panie Petry, nie zgodził się jako szef „Solidarności" na przyjęcie do przedszkola dziecka mojego kolegi, milicjanta? Pan wie, jak musiał się męczyć, żeby zapewnić dziecku opiekę?

       - Panie poruczniku, jak może pan takie kłamstwa powtarzać?- spytałem spokojnie, aczkolwiek z  wściekłości  wobec takiego wymysłu oraz wskutek  napięcia wewnętrznego, dostałem „szczękościsku". Stąd mówiłem powoli, wyraźnie akcentując pewne kwestie. - Nigdy takie zdarzenie nie miało miejsca. Myśmy naprawdę z Wydziałem Oświaty dobrze współpracowali.  Kiedy dowiedziałem się, że nie wszystkie dzieci dostaną się do przedszkoli z powodu braku miejsc, to właśnie ja zwołałem naradę przedstawicieli zakładowych organizacji związkowych, dyrekcji zakładów i inspektorów Wydziału Oświaty. I to na tej naradzie znaleźliśmy takie rozwiązanie, że żadne dziecko w mieście nie znalazło się poza przedszkolem. To po tej naradzie zaadoptowano w czasie wakacji dwa budynki na przedszkola. I dlaczego ten pański kolega taki bzdury rozgłasza.

       - No, ja to od niego słyszałem.

       - To teraz słyszał pan ode mnie i niech pan łaskawie sprawdzi u inspektora Fedana, szefa Wydziału Oświaty, bo wspólnie to organizowaliśmy. Jeszcze raz powtarzam:  wszystkie dzieci od września 1981 r. znalazły się pod opieka przedszkolną.

        Wypytywał mnie też o członków Zarządu „Solidarności" nauczycielskiej, ale okazało się, że jest doskonale zorientowany, wiec zaniechałem udzielania dalszych informacji.

       - Wie pan, ma pan przecież listę, to proszę z każdym z osobna porozmawiać. Wy przecież teraz możecie każdego wezwać na przesłuchanie, po co więc w tej sprawie przyjeżdżać do mnie. Już wystarczająco jestem dziś zdenerwowany, żeby kontynuować rozmowę. - powiedziałem, udając zmęczonego, choć po tej tyradzie odzyskałem wewnętrzny spokój. Wiedziałem, że nie wolno mi mówić o tych co są na wolności.

       Przyjechał też pułkownik LWP, starszy, szczupły i łysawy gość ok. 50-tki. Nie wiem, kto nam powiedział, że jest on z kontrwywiadu. I chyba tak było, bo interesował się szczególnie naszymi kontaktami zagranicznymi. Pytał o rodziny i znajomych za granicą, o wyjazdy.  On, jako jedyny z oficerów, odwiedził nas w celi i tu wysłuchał zbiorowych naszych pretensji. Oczywiście - jak zawsze - głównym, najgłośniejszym  reprezentantem nas wszystkich był Stasio Płatko, kolejarz.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  95 825  

Słownik internetowy

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 95825
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3469
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 4003 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl