Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 156 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Ś.p. Clara

piątek, 27 marca 2009 1:31
Zawitała  w moim blogu niedawno, jako walcząca ze śmiertelną chorobą (walcząca.bloog.pl).
   Miała tylko kilka wpisów, które wyrażały jej cierpienie, zmaganie się z bólem spowodowane złośliwym nowotworem mózgu, bunt, wolę walki - cały dramat młodej dziewczyny, która marzyła w październiku, że wróci na zajęcia w uczelni - jako studentka, jako młoda pracownica naukowa - tego nie wiem.
   Miała na imie Clara po swojej babci. Tak mi odpisała. Pisanie sprawiało jej trudność, więc czasem wyręczał ją ktoś z rodziny. Parę tygodni temu wyszła na spacer i czekała na nadejście wiosny licząc, że  pozwoli jej to nabrać sił.
   Wczoraj, po dłuższum milczeniu, po ostatnim wpisie zawierajacym "Odę do Młodości" A. Mickiewicza, ktoś z najbliższych umieścił palącą się  świecę i napis:" Blog został zawieszony z powodu straty właściciela". Dla mnie to jasne. Clara odeszła do Pana. Jest już szczęśliwa.
 Nie potrafię umieszczać tu kwiatów, wieńców, żadnych obrazków, symboli. Ale Clarę nadal polecam Miłosierdziu Bożemu w swej codziennej modlitwie .

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

poniedziałek, 23 marca 2009 23:54

                                                                        XXIII.

                                                 MONOTONIA

 

       Jak już wspominałem, nasze życie obozowe w  pierwszym okresie pobytu za kratami nie należało do łatwych.

      Śmieszne stwierdzenie. Przecież życie za kratami tak jest zorganizowane, żeby nie było wesołe, a raczej stanowiło udrękę dla skazanych. Przecież więzienie ma być karą, a nie miejscem relaksu wypoczynku, przyjemności dla przestępców.

      Tak, tylko myśmy nie byli przestępcami, mieliśmy poczucie niesprawiedliwości, jaka nas dotknęła, przeżywaliśmy dramat rozstania z najbliższymi i swoim środowiskiem.

      Nasze zajęcia w obozie początkowo polegały na... nudzeniu się. Pogarszało to  nastroje, bowiem sprzyjało rodzeniu się różnych głupich myśli, w tym samobójczych. Wpływało też na nerwowość, drażliwość, zwłaszcza wówczas, gdy kolejna wizyta esbeków kończyła się pozostawieniem nas w obozie.

     Dokuczała nam monotonia, pojawiająca się już z samego rana w zgrzycie klucza w drzwiach celi, w okrzyku klawisza: POBUDKA! WSTAWAĆ!, w kolejce do kibla i złośliwych komentarzach wobec kolegów mających problemy gastryczne. Potem - toaleta w zimnej wodzie, odgłos baniaka z zupą mleczną (czasem zarobaczoną) i kany z czarną kawą zbożową, ciągnionych przez więźniów po posadzce od drzwi do drzwi poszczególnych cel . I towarzyszący temu odgłos rygli, zasuw przy drzwiach. Następnie -  posiłek, mycie misek i garnuszków w zimnej wodzie, wizyta dyżurnego klawisza (czasem w obecności oficera) i sprawdzanie obecności, półgodzinny spacer dookoła spacerownika, czas wolny (zwykle dosypianie lub czytanie i dyskusje), obiad (znowu te same odgłosy szurania baniaków po posadzce).

      Obiad składał się zazwyczaj z niedoprawionej lury, mającej przypominać zupę. Coś tam w niej pływało - jakieś rozgotowane badyle, a jak był krupnik, to i oprócz robaków można było trafić na kawałek ziemniaka i strzęp mięsa. Drugie danie  składało się z mięsa byle jak przyrządzonego, kaszy jęczmiennej, czasem ziemniaków, ale chyba pastewnych, bo śmierdzących i wodnistych. Jedyne, co smakowało, to kiszona kapusta lub ogórek.

     Po obiedzie- tak jak i przed nim - czas dłużył się.  Aż do kolacji. I znowu drzemka, dyskusje, sprzeczki, czytanie rozmyślanie, marzenia. Potem - kolacja. Te same odgłosy jak z rana i w południe . Tylko do szarej margaryny dawano jeszcze dżem, a zamiast czarnej kawy była herbata, lekko słodzona, ale o dziwnym smaku (ci, którzy mieli za sobą służbę w wojsku mówili, że herbata ta jest zaprawiana JOHAMBINĄ). Do tego jeszcze dawano ćwiartkę bochenka chleba na osobę. Po kolacji podejmowaliśmy przerwane tematy rozmów , próbowaliśmy zgadywać, co przyniesie jutrzejszy dzień - i tak, aż do apelu wieczornego, polegającego na sprawdzeniu obecności przez klawisza obejmującego dyżur na noc. Temu wszystkiemu towarzyszyła „ samoczynnie" włączająca się  propaganda płynąca z „kołchoźnika", doprowadzająca nas do wściekłości, bo nijak nie można było tego baniaka wyłączyć, więc zmuszeni byliśmy do słuchania dziennika radiowego, a zaraz po nim „Regulaminu więziennego", który cały czas dotyczył skazanych przestępców.

     Nasza doba kończyła się wystawianiem na korytarz taboretów z odzieżą  po godzinie 21 i „ zaszywaniem się" w pościeli, gdyż rozebranym do kaleson i podkoszulków internowanym było zimno. Jeszcze ostatni zgrzyt klucza  w zamku, który towarzyszył nam  w tym dniu kilkanaście razy i odgłos zasuwanego rygla (żeby nikt nie uciekł)  i za chwilę, najpóźniej o 22.00,  gasło wyłączane na zewnątrz celi światło.

      Odtąd musiało nam wystarczyć padające przez okna światło z licznych latarni przy spacerowniku, przy placu, wzdłuż drogi wiodącej do sąsiednich pawilonów i budynków administracji więziennej. W dali widać było światła wioski, sunące wolno światła samochodów jadących drogą na  Lesko. Czasem, przy mroźnej, bezchmurnej pogodzie, nad porośniętymi lasem wzgórzami pojawiał się  srebrzysty księżyc, zaglądając do naszych cel, jakby chciał w solidarności z nami użyczyć trochę swojego światła. 

    I tak zaczynało się nocne czuwanie, polegające na „sufitowaniu", przywoływaniu obrazów rodziny, najbliższych, na modlitwie. Gdzieś, przed północą, o stałej godzinie rozlegał się gwizd parowozu ciągnącego jakiś pociąg i nabierającego szybkości. Wsłuchiwałem się w ten odgłos przewijający się między wzgórzami , jak zanikał, pojawiał się znów na chwilę, by rozpłynąć się w ciemnościach. Kogo? Lub co? Wiózł ten nocny pociąg o takiej porze? - zadawałem sobie pytania. Ale jednocześnie marzyłem o wolności, bo ten odgłos fuczącej lokomotywy, stukotu kół, powtarzającego się w oddali gwizdu - wszystko działało na wyobraźnię i pozwalało choć na chwilę przenieść się w inny świat, poza te kraty, których cienie, wydłużone przez padające od lamp światła, zagarniały ściany i sufit naszej celi.

    Na szczęście, ta monotonia trwała do pewnego czasu, t.j. do momentu otwarcia cel, które musieliśmy sobie wywalczyć. Wtedy reżym więzienny zelżał, a klawisze wykonywali swoje obowiązki mniej gorliwie. Ale to było później.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 18 marca 2009 23:17

                                                                                         XXII.

 

                                                KONOWAŁ

    

     To było w pierwszym tygodniu  mojego pobytu w Uhercach, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Wieczorem, gdy już  wystawiliśmy taborety z odzieżą na korytarz, leżący na pryczy pode mną rolnik z Kaszyc, Kazimierz Bajcar dostał  nagle silnych dreszczy, którym towarzyszyły bóle głowy, mięśni i wysoka temperatura. Obaj zaprzyjaźniliśmy się dość szybko , bowiem, oprócz „wspólnego" piętrowego łoża łączyło nas coś jeszcze, co było powodem przykrych interwencji i docinków ze strony współlokatorów, mianowicie - chrapanie. Miedzy innymi, z powodu tej przypadłości, aby pozwolić kolegom zasnąć, długo poddawałem się rozmyślaniom i praktycznie zasypiałem jako ostatni.

   Ponieważ Kazimierz był człowiekiem dość potężnej postury ( tak sobie wyobrażałem Macieja Borynę, zanim  wykreował go w filmie Władysław Hańcza), cierpiącym również na dolegliwości sercowe, poważnie zaniepokoiliśmy się jego stanem. W dodatku, od dziurawego okna wiało niemiłosiernie i to wprost na głowę chorego. Przykryłem go dodatkowo swoim ciężkim płaszczem, od strony okna przewiesiliśmy ręczniki. Nasz stomatolog, Andrzej Dolata,  jako lekarz stwierdził, że potrzebna jest tu fachowa pomoc medyczna i odpowiednie leki, gdyż przy takiej temperaturze życie chorego jest w niebezpieczeństwie.Postanowiliśmy więc wezwać klawisza.Długo waliliśmy pięściami w okute drzwi, zanim zjawił się niezbyt przez nas lubiany plutonowy „Loczek" - wyjatkowy służbista, odznaczający się szczególną złośliwością.

    Przedstawiliśmy mu sytuację chorego i zażądaliśmy, aby sprowadził z innej celi lekarza kardiologa, Romana Cichulskiego. „Loczek" odmówił jednak, zasłaniając się regulaminem. Podszedł do chorego Kazimierza, popatrzył na niego z góry.

    - Jutro rano będzie więzienny lekarz, to go zbada. Powinien do rana wytrzymać.- Odwrócił się i zamierzał wyjść z celi.

     Byliśmy oburzeni jego bezdusznością. Stasio Płatko zagrodził mu drogę swoim ciałem i w niezwykle dramatycznym stylu wygłosił  tyradę o bezprawiu, o bandytyzmie, jaki komuna wobec nas stosuje. Z tą jego ekspresją kontrastowała spokojna, flegmatycza perswazja Andrzeja Dolaty. Odwołał się  do odpowiedzialności moralnej i prawnej klawisza za życie i zdrowie chorego. Poprosił o dostęp do gabinetu lekarskiego, celem pobrania doraźnych leków.

     W końcu „Loczek" dał się przekonać i zaprowadził naszego stomatologa do gabinetu. Gdzieś widocznie obudziło się w nim poczucie odpowiedzialności i ludzkie sumienie, bo przyniósł zaparzoną herbatę. I tak ratowaliśmy naszego Bajcara, który po zażyciu leków wypiciu gorącej herbaty, przykryty dodatkowo moim płaszczem, wypocił się  przez całą noc. Rano gorączka minęła, ale mocno osłabiony, musiał zejść z pryczy i udać się do felczera, bowiem pan konował nie miał zwyczaju przychodzić do pacjenta.

    Felczer , starszy, łysawy  i ospały gość o „końskiej twarzy" - jak ktoś określił jego fizjonomię -  miał swoją asystentkę, pielęgniarkę, o również wątpliwej urodzie. Była ona jednocześnie jego żoną, a ze względu na tę „urodę" i nieprzyjemny wyraz twarzy, nazwaliśmy ją  „Liwią", na cześć pewnej intrygantki i trucicielki cesarskiego pałacu w starożytnym Rzymie. Oboje byli dobraną parą i oboje wyraźnie okazywali nam swoja niechęć. Jedynym medykamentem, jaki nam aplikowali na każdą dolegliwość, był ASPROCOL.

    Miałem i ja swoje spotkanie z konowałem

     W trzecim tygodniu internowania, po całodniowym  migrenowym bólu głowy, który łagodniał jedynie przy zamknięciu oczu, obudziłem się rano z dziwnym dźwiękiem w  uszach. To tak, jakbym przyłożył ucho do telegraficznego słupa - prawie ten sam dźwięk, niby ciągły pisk, niby cykanie świerszczy. Zgłosiłem się do naszego felczera, rejestrując się wpierw u „Liwii" podczas jej porannego obchodu cel. Oczywiście, nie odkrył prawdziwej przyczyny tego stanu. Nic, praktycznie nic, poza tym, że sprawą powinien zająć się laryngolog. Na wszelki wypadek dał mi  trzy tabletki ASPROCOLU - na rano, w południe i na noc.

    Oczywiście, po jakimś czasie laryngolog przyjechał. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazał się nim  szwagier mojej koleżanki  z liceum, w której „kochałem się na zabój", otrzymawszy „kosza". Nie mniej zaskoczony był  na mój widok ten młody lekarz, z którym porozmawialiśmy nie tylko na temat dolegliwości, z jaką przyszedłem, ale również o wspólnych znajomych. Przyczyną mojego schorzenia był stres oraz nadciśnienie tętnicze i warunki pogodowe.  Otrzymałem jakieś tabletki na obniżenie ciśnienia i zapewnienie, że ta dolegliwość  kiedyś ustąpi.

     Receptę musiałem zrealizować w ramach funduszy, jakie otrzymałem z domu, a które znajdowały się  na moim koncie u sierżanta „Wypiski"- bardzo grubego i niskiego, o czerwonej, świńskiej twarzy klawisza, obsługująccego nasze finanse, a jednocześnie sprzedającego nam herbatę, ciastka, papierosy, cukier i środki piśmiennicze.

   Oczywiście, dolegliwość, jaka mnie wówczas dopadła, zanikała na jakiś czas, by pojawić się znowu i stać się w końcy stałym elementem mojego życia aż do dzisiaj. Już zdążyłem się do tego przyzwyczaić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Gdy zginą pszczoły...

środa, 18 marca 2009 1:02
"...gdy zginie ostatnia pszczoła na kuli ziemskiej, ludzkości pozostaną tylko cztery lata życia."(A.Einstein)
 
      Byłem na zjeździe prezesów Zarządów Wojewódzkich i Regionalnych  Polskiego Związku Pszczelarskiego, w Kamiannej. To w Beskidzie Sądeckim, w Domu Pszczelarza, któremu patronuje ks. Ostach. Dyskutowaliśmy na temat sytuacji w  polskim pszczelnictwie.
      Nie jest wesoło. Naszym pszczołom grozi wyginięcie, co jest już zjawiskiem postępujacym gwałtownie w USA i całej Europie. W Stanach Zjednoczonych w latach 2003-2007 ilość rodzin pszczelich zmniejszyła się o 60%, a w regionach północnych nawet o 80%. W całej UE zginęło już 50% rodzin pszczelich.
      Naukowcy całego świata szukają przyczyn masowego ginięcia pszczół. Również u nas czynione są starania , aby wyjaśnić tę zagadkę.  Jesteśmy co raz bliżej odkrycia bolesnej prawdy, że to pogoń człowieka za zyskiem jest powodem stopniowej zagłady tych małych owadów, które przynoszą ludzkości samo dobro, w zamian nie otrzymując nic, poza miłością pszczelarzy.
     Zjawisko masowego ginięcia pszczelich rodzin określa się mianem syndromu CCD (Colony Collapse Disorder).  Próbowano wiązać ten zespół chorobowy z rozwojem telefonii komórkowej (fale emitowane przez przekaźniki miały zakłocać system orientacyjny pszczół w locie i dlatego nie trafiały one do swoich uli), inwazją roztocza Varroa destructor ( pasożytowanie na pszczołach, powodowanie ran na ich odwłokach miało ułatwiać zakażanie wirusami), pestycydami znajdującymi się w środkach ochrony roślin (wytrucie w dwóch regionach Niemiec 60% pasiek rozpylanym przeciw stonce kukurydzianej preparatu Gaucho na plantacjach kukurydzy), uprawą roślin genetycznie modyfikowanych , GMO (pszczoły, jak i inne owady zapylajace, padają ich ofiarą ), wreszcie,  stosowaniem przez plantatorów  buraka cukrowego rozprowadzanego przez cukrownie nasion zaprawionych niezwykle niebezpieczną substancją o nazwie IMIDAKLOPRYD.  
    IMIDAKLOPRYD ma chronić buraki cukrowe przed szkodnikami ( w samych Niemczech już został wycofany z użycia, ale niemieckie cukrownie  w Polsce stosuja go na naszych plantacjach), jednak przenika do cukru w silnym stężeniu, co potem powoduje zatrucie pszczół podkarmianych przez pszczelarzy  cukrem na zimę. Ponadto, przez 3 lata znaduje się w glebie, do której zazwyczaj sieje się rzepak. Pszczoły pobieraja nektar i pyłek  z kwiatów rzepaku i w ten sposób trują się . Nie muszę przypominać, że substancja ta  ma silne właściwości rakotwórcze, zatem cukier spożywany przez konsumentów może  być przyczyną nowotworów. Dowiedzieliśmy się również, że UE dopuszcza i taki skład cukru spożywczego: 10% mąki pszennej i 90% cukru.
   Tak to wygląda w rzeczywistości. Nasi urzędnicy, nasi politycy są opieszali w działaniu, dlatego potrzebne jest w tej kwesti silne wsparcie pszczelarzy przez  wszystkich  obywateli. Ostatecznie, jest to problem ludzkości. Obejrzeliśmy przejmujący w swej wymowie film " Milczenie pszczół". Jeżeli nie powstrzymamy tego procesu degradacji środowiska  owadów - zapylaczy,  pozostanie nam działanie takie, jak w dwóch chińskich prowincjach, gdzie po zamilknięciu pszczół na skutek ich wytrucia pestycydami, ludzie są zmuszeni ręcznie zapylać drzewa owocowe, bedące źródłem ich  utrzymania.
   

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 11 marca 2009 1:17

                                                                                               XX.

                                            CIENIE I BLASKI

 

       To, że nasza  cela była wielkości dużej sali lekcyjnej,  dla mnie, nauczyciela, miało duże znaczenie, bowiem -  w nieznacznym, co prawda, stopniu, ale jednak - łagodziło ogólne odczuwanie faktu, że jest się w więzieniu. Gdyby nie kraty w oknach, brak włącznika  światła, „judasz" w drzwiach, kibelek z umywalką w kącie, odgrodzony niskim murkiem, nikt by nie powiedział, że to cela więzienna. A piętrowe, metalowe łóżka? No cóż, czasem tak też urządzało się sale lekcyjne w czasie wakacji, przekształcając szkołę w  letni ośrodek kolonijny. A więc, widok raczej dla mnie swojski.

     Okna celi skierowane były na południowy zachód, z widokiem na spacerownik, boisko sportowe i przylegający do niego z lewej strony, prostopadle do naszego, parterowy pawilon więźniów kryminalnych. Dalej, na wprost, teren obniżał się i  widzieliśmy równoległy do naszego, również piętrowy pawilon  więzienny, spoza którego wyłaniały się zabudowania administracyjne  z komendanturą  oraz gospodarcze, z warsztatami, magazynami i łaźnią, do której co jakiś czas nas prowadzono.  Na prawo  od tych budynków widoczne były wieżyczki wartownicze - „koguciki" z dużą bramą  niejako wtopioną w podwójne, wysokie ogrodzenie siatkowe z dwoma rzędami drutów kolczastych u szczytu.

    Tam, za bramą, na prawo rozciągały się wzgórza z kilkoma blokami mieszkalnymi dla personelu obsługującego więzienie, zaś w dolinie , wśród drzew jaśniał bielą kościół, do którego obowiązkowo pierwsze swe kroki kierowali wszyscy internowani, wychodzący na wolność. Przy kościele wiła się szosa, która  potem uciekała w prawo, pnąc się wzdłuż zamykających widok od południa , porośniętych lasem wzgórz. Gdzieś , za kościołem i częściowo wzdłuż szosy widoczne były pojedyncze zabudowania wiejskie, które nasuwały myśl o toczącym się  spokojnym , rodzinnym życiu.


     Koledzy w celi  reprezentowali komisje związkowe różnych branż. Wraz z Andrzejem Dolatą i Januszem Kurowskim uzupełniliśmy skład zawodowy tej kilkunastoosobowej celi. Właściwie Janusz, najmłodszy spośród nas, był bez zawodu, gdyż po ukończeniu szkoły średniej został zaangażowany jako pracownik obsługi biura „Solidarności" przemyskiej. Pozostali, to: kolejarze, rolnicy, urzędnicy, robotnicy.

     Staszek Płatko i Staszek Baran to dwaj kolejarze z Przemyśla. Płatko był tym, który chodził z młotkiem po peronie i co jakiś czas stukał nim w koło wagonu. Palił papierosy jeden za drugim. Był bardzo nerwowy i głośny w domaganiu się od władz więziennych i klawiszy przysługujących nam uprawnień. Muszę przyznać, że te przymioty uczyniły go nieformalnym liderem, przywódcą celi.

      Staszek Baran - ten, którego nocną rozmową  uratowałem od popełnienia samobójstwa - był raczej zamknięty wewnętrznie. Trzeba było zdobyć jego zaufanie, aby coś więcej o sobie powiedział ( po obaleniu komuny został posłem na Sejm z ramienia „Solidarności").

    Byli również przedstawiciele „Solidarności" RI : Kazimierz Bajcar -rolnik z Kaszyc; Henio Cząstka z Kisielowa - uczestnik protestów chłopskich i sygnatariusz Porozumień Ustrzycko-Rzeszowskich; Józef Duchoń - pracownik biura „S" RI;  Roman Rzepecki - rolnik z Dzikowa.

    Trzymali się razem dwaj pracownicy lubaczowskiego zakładu produkującego zamki - Jan Połoch i  Zbyszek Woszczak . Jan , jako starszy wiekiem, otaczał młodego , szczupłego , nie mogącego pogodzić się ze swoim losem Zbyszka, ojcowską opieką - tak, jakby czuł się odpowiedzialny za niego. Był również Alek Banaś, który dzielnie znosił internowanie, ale po wyjściu z obozu, o czym dowiedzieliśmy się później, tragicznie zmarł.

     Z  początkiem stycznia  dowieziono do naszej celi Adasia Szostkiewicza, o którym już wcześniej wspomniałem (dziś jest znanym dziennikarzem „Polityki", często też występującym w telewizji).

     Wiosną dołączył do nas również działacz „Solidarności" Regionu Mazowsze, Staszek Kosiński - niezwykle inteligentny i z wielkim poczuciem humoru  człowiek, który później , w obozie w Łupkowie poślubił swoja narzeczoną, a na urządzonym w stołówce więziennej  przyjęciu weselnym mieli świetnie bawić się -  jak opowiadał Waldek Mikołowicz - internowani i... klawisze.

    Wszyscy mieszkańcy celi nr 12 to ludzie różniący się pod względem wieku, statusu społecznego zawodowego, wykształcenia, temperamentu, o często tak kontrastowych osobowościach, jak w naturze ogień i woda. Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie różnice te zaczęły dawać o sobie znać. Rodziły się konflikty o byle drobnostki. Pobili się na przykład dwaj, różni wiekiem koledzy, o ... cukierki. Nerwy puszczały ludziom z byle powodu. Zapewne tęsknota za rodziną, poczucie krzywdy i bezsilności oraz kraty więzienne - wszystko to składało się na nienajlepsze nastroje wśród nas. Trochę sytuację rozładowało późniejsze otwarcie cel i możliwość swobodnego odwiedzania się , udostępnienie świetlicy oraz celi z „michałkami" (gra w futbol), a także szachy, karty i książki.  Tak, biblioteka więzienna była zaopatrzona w dobre pozycje. To tutaj , po raz pierwszy od wielu, wielu lat mogłem więcej czasu poświęcić  nie na przypominanie sobie lektur szkolnych, ale na czytanie innych ciekawych pozycji z różnych dziedzin, jak choćby „Żywoty Cezarów" Swetoniusza, którą to książkę „pochłonąłem" w ciągu dwóch dni.          
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  94 573  

Słownik internetowy

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 94573
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3454
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 3910 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl