Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 157 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Blog bierze udział w konkursie na BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

Zdjęcia w galeriach.


Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 20 września 2009 1:40
Ten końcowy odcinek I części wspomnień dedykuję szczególnie dzisiaj Krystynie - Laurze, wraz z zapewnieniem wsparcia.

                                     XXXVIII.

                                         I SPEŁNIŁY SIĘ MOJE SNY

 

        Pierwsza niedziela w nowym miejscu, w Łupkowie. Rano przybył proboszcz z miejscowej parafii -  bardzo sympatyczny , chłopaczkowato wyglądający ks. Pokrywka, który odprawił nam Mszę św. Ogromnie przejęty swoja pierwszą duszpasterska posługą wśród  internowanych, pogubił się w homilii i w pewnym momencie zabrakło mu słów do wyrażenia myśli, więc pomogliśmy mu, i  w ten sposób homilia przekształciła się w dialog z nami.

      A potem były wizyty rodzin. Jakże inny był ich przebieg  w porównaniu z tymi w Uhercach - rozmowy w dużej świetlicy, z zachowaniem pełnej swobody, bez rewizji .

       W poniedziałek zaczęto też zwalniać  - jakby na potwierdzenie zapowiedzi komendanta - większe grupy internowanych.

      Mój „opiekun", kpt. Cyrano przybył 29 kwietnia.  Przywitałem go,  jak zwykle , bardzo serdecznie, gdyż  taką od początku przyjąłem taktykę. Moja pozorna serdeczność miała zrobić na nim wrażenie, że ma do czynienia z człowiekiem łagodnym,  a nie z ekstremistą. To była niezbyt szczera gra z mojej strony, ale wiedziałem, że on również nie jest szczery wobec mnie i że jego zadaniem jest wybadać , w jakim stopniu  odosobnienie „pozytywnie"  wpłynęło na moją świadomość  jako „obywatela socjalistycznego państwa".

     Cyrano, jak zwykle, wypytał szczegółowo o zdrowie, samopoczucie. Nie nawiązywał nic do  niedawnych wypadków w Uhercach.

     - Panie Tomaszu - zaczął ciepło - mam dla Pana dobrą wiadomość. Władze obozowe i ja sam, mamy dobrą opinię odnośnie pańskiego sprawowania, która poskutkowała tym, że Komendant Wojewódzki postanowił zwolnić pana z ośrodka odosobnienia. Tak,  już rodzina czeka, żona i dzieci tęsknią, więc postarałem się , aby pana zwolniono - uśmiechnął się zza swoich okularów tym uśmiechem, który czynił jego nalaną twarz, podobną do księżyca w pełni. Wyjął z teczki dwie  zadrukowane kartki i podsunął mi je. - Wystarczy,  że podpisze pan to i to - rzekł patrząc mi w oczy.  Spodziewałem się  tego, miałem więc przygotowaną odpowiedź. Pierwszy dokument to...."Zobowiązanie  do współpracy", drugi zaś  - „Zobowiązanie  do przestrzegania porządku prawnego PRL i nieprowadzenia działalności wymierzonej w ustrój", czyli - tzw. „lojalka".

     - Panie kapitanie - odparłem bez namysłu. - Tego „Zobowiązania do współpracy" nie podpiszę nawet wtedy, jeśli będę musiał  na skutek  odmowy jeszcze dłużej  tu zostać.

        Cyrano nie upierał się, nie nalegał.  Powiedział, że nie ma przymusu, że jest to tylko dobrowolny gest, wynikający z „poczucia obywatelskiego obowiązku". Prosi tylko, abym podpisał ten drugi dokument.

       Miałem jeszcze pewne wahania, bowiem kilku kolegów wcześniej, w Uhercach odmówiło podpisania „lojalki" i pozostało w obozie.  Jednakże , podczas ostatnich odwiedzin w Uhercach, na dwa dni przed naszym buntem i wywózką, Krystyna prosiła mnie, abym - jeśli to „Zobowiązanie"  dadzą - podpisał je, bo w domu wszyscy tęsknią, a  szczególnie dzieci. Również zaprzyjaźnieni księża (o. Bogumił i ks. Marian Rajchel) zalecali podpisanie tego dokumentu, gdyż jestem „bardziej potrzebny rodzinie niż w obozie", a poza tym, ten podpis nie ma specjalnego znaczenia prawnego i moralnego, gdyż złożony jest w sytuacji zniewolenia.

      Po krótkim wahaniu, w obliczu  nadziei na rychłe spotkanie z najbliższymi i powrót do „normalnego świata", ku wyraźnej satysfakcji kpt. Cyrano, podpisałem „lojalkę". Miałem świadomość że jest to zobowiązanie, którego nie musi się przestrzegać.  Ale poczucie niesmaku pozostało.  Z jednej strony -  radość, że oto zbliża się koniec rozłąki, że tyle snów o  domu o rodzinie i przyjaciołach już niebawem zmieni się w rzeczywistość ,  ale też i poczucie wstydu, że oto mój heroizm gdzieś przygasł , że skapitulowałem.

   Wróciłem do celi z mieszanymi uczuciami.  Opowiedziałem wszystko kolegom. Nie okazywali rozczarowania, nie czynili zarzutów. Byliśmy na tyle zżyci ze sobą, ze rozumieliśmy się dobrze. Zebrałem gratulacje i wraz z  kilkoma innymi, którzy również zostali zwolnieni, zaczęliśmy  pakowanie naszych rzeczy. Rano, następnego dnia, mieliśmy opuścić obóz.  Chciałem pożegnać się z Jurkiem, ale miał w tych dniach wolne, więc  nie było mi dane jeszcze raz zobaczyć się z nim. Poprosiłem kolegów, aby przekazali mu moje pozdrowienia.

    Noc ciągnęła mi się  w nieskończoność. Dłuższy czas nie mogłem zasnąć, bowiem w głowie kotłowały mi się różne myśli: ta nieszczęsna „lojalka", spotkanie z rodziną, z uczniami i kolegami w szkole (jeśli będę mógł pracować), z przyjaciółmi. Przesuwały mi się również  przed oczyma wspomnienia - niczym jakiś film - z obozu w Uhercach , od pierwszego dnia  aż po wywózkę do Łupkowa.  Znajdowałem się w półśnie, a do rzeczywistości wróciłem dopiero , gdy usłyszałem śpiew ptaków i promienie wschodzącego słońca rozjaśniły celę.  

     30 kwietnia rano, po śniadaniu zostaliśmy wywołani przez  posłańca z Komendantury. Pożegnaliśmy się z kolegami ze wszystkich cel, biorąc listy do rodzin. W magazynie zdaliśmy rzeczy więzienne (koszulę, pościel, naczynia) i po wydaniu zaświadczeń o zwolnieniu i  pieniędzy z naszego konta, żegnani śpiewem  pozostających w obozie kolegów, wyruszyliśmy za bramę, ku stacji kolejowej: NOWY ŁUPKÓW.

    Uczucie nie dającej się opisać radości mieszało się z innym - z  żalem, że pozostawiliśmy w obozie wspaniałych kolegów i cząstkę naszego życia. Jednakże , z chwilą,  kiedy zamknęła się za nami brama obozu z „kogucikami", kiedy przestaliśmy już słyszeć śpiew kolegów, uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy...WOLNI!!!! . I to było jedno z najwspanialszych odczuć , jakiego doznałem w swoim życiu. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

sobota, 12 września 2009 1:01
                                                                  XXXVII.

                                        JUREK !

 

     Trzeciego dnia pobytu w Łupkowie, wracając ze stołówki po obiedzie, doznałem na widok „wychowawcy" olśnienia. Wydało mi się,  że go dobrze znam.  Tak, to musi być on. Zdaje się być tylko trochę wyższy od czasu naszego rozstania, ale to zapewne mundur i czapka stwarzają takie wrażenie. I twarz nieco poszarzała, przygaszona jakimś brzemieniem; włosy, kiedyś czarne, teraz szpakowate,  ale  to nic dziwnego, przecież starzejemy się wszyscy, a ja też nie wyglądam już tak, jak wtedy. Oczy jednak nie zmieniają się i ten uśmiech, którym odpowiedział na dowcip  jednego z naszych, wracających z obiadu. To  na pewno on. Zwłaszcza, że przez moment przyglądał mi się również.  Podzieliłem się tym swoim spostrzeżeniem z kolegami.

      - Słuchajcie. Wydaje mi się, że ten podporucznik to mój kolega z liceum. Przyjaźniliśmy się, wspólnie robiliśmy szkolny kabaret. Nie dziwcie się , że będę z nim rozmawiał.

        - Oczywiście, rozumiemy. Nie ma sprawy.  Dowiedz się przy okazji , kiedy będzie "kipisz".

     Mając więc wyraźna zgodę kolegów, wyszedłem na korytarz . Odczekałem chwilę, aż skończy rozmowę z jednym z internowanych na temat biblioteki, po czym zagadnąłem:

     - Przepraszam panie poruczniku, czy bywał pan w latach sześćdziesiątych Jarosławiu ?

     - Tak, dosyć długo. - odparł  i uśmiechnął się .

     - Chodził pan do „plastyka"?

     - Taaak. - I to długie, przeciągnięte na niskim tonie „Taaak", było charakterystyczne dla Jurka, naszego szkolnego parodysty, którego, z racji wojskowego nazwiska, zwaliśmy „Żołnierzem".

      -To dawaj pyska, Jurek! -zawołałem , otwierając ramiona.  Uściskaliśmy się serdecznie na oczach kolegów, którzy ciekawi byli tego niecodziennego spotkania, a Jurek zaprosił mnie do dyżurki na kawę.

       Pijąc kawę, rozmawialiśmy ponad godzinę -  z początku chaotycznie,  o tej, nietypowej dla spotkania po latach sytuacji, później już spokojnie o wszystkim, co nas tyczyło. Wspominaliśmy nasze młode lata, wspólne występy w szkolnym kabarecie, nauczycieli, koleżanki, kolegów. Co raz - na wspomnienie kogoś ze znajomych lub zabawnej sytuacji z lat szkolnych - jego zmęczoną życiem twarz rozjaśniał uśmiech, jaki pamiętałem. Widziałem , że to spotkanie po trzynastu latach również jest dla niego ważne, że sprawia mu radość. Mówił, że również mnie rozpoznawał, ale moja ruda broda i przerzedzone włosy przeczyły obrazowi tego „Grubego Toma" (tak na mnie wołali w szkole, choć gruby wówczas wcale nie byłem), jakiego zapamiętał.              

     Opowiedział mi w skrócie swoją historię - jak trafił do pracy w służbie więziennej. W pewnym sensie była to ucieczka przed życiem w normalnym świecie, który okazał się dla niego brutalny. Zaszył się tu, w tej bieszczadzkiej dziurze i chce szczęśliwie dotrwać do emerytury.  Akuratnie jeszcze rok mu zostało.

     - A co  u ciebie? Co cię tu przyniosło? - To pytanie musiało w końcu paść.

      Opowiedziałem o swojej rodzinie, o pracy w szkole, o działalności w „Solidarności", o aresztowaniu i pobycie w Uhercach. W pewnym momencie, mając na uwadze to, że zbyt długo już siedzimy razem przy kawie,  poprosiłem Jurka na odchodnym, aby był łaskaw  uprzedzić nas wcześniej o mającym nastąpić „ kipiszu" . Jurek spojrzał w okno i uśmiechając się, rzekł:

    - Właśnie idą.

 Rzeczywiście,  z oddalonego jakieś sto metrów od nas  budynku administracyjnego, wychodziła grupa klawiszy, zmierzając w naszym kierunku. Szybko pożegnałem przyjaciela i czym prędzej udałem się do celi, by powiadomić kolegów.

     Wieść o nadchodzącym „kipiszu" w mgnieniu oka rozeszła się po wszystkich celach. Natychmiast poznikały świeżo wykonane  w Łupkowie pieczątki obozowe, chusty pamiątkowe, ale... nikt nie wchodził. Jednakże , na korytarzu  był ruch. Słychać też było śmiech kolegów. Czyżby alarm był fałszywy?

     Kiedy wyszedłem na korytarz, ujrzałem spoconego klawisza,  „mordującego" po drugiej stronie wejściowej kraty  zamek. Stojący obok niego inni klawisze, ponaglali go. Jurek, stojąc w drzwiach dyżurki, lekko uśmiechał się, tak jak dawniej, gdy miał zamiar parodiować któregoś z profesorów.

Po naszej stronie zbierało się coraz więcej kolegów, którzy złośliwie doradzali czerwonemu z wysiłku klawiszowi, czym może ten zamek otworzyć.  Wśród nich był zapewne sprawca całego zamieszania. Okazało się,  że na wieść o „kipiszu", ktoś z naszych włożył  do dziury na klucz kawałek patyka. Klawisz, mordujący się z zamkiem, robił dobrą minę do złej gry, tak, jakby otwarcie zamka traktował jako element rywalizacji sportowej. Jurek przez chwilę przyglądał się tej scenie,  po czym zwrócił się  do nas:

      - Który z panów pomógłby otworzyć?

      Za naszą aprobatą  jeden z kolegów (chyba sam sprawca) wydłubał  i wyciągnął patyk. Rozpoczął się „kipisz", ale już raczej jako czysta formalność, bowiem  towarzyszyły mu żarty - tak po naszej, jak i po stronie klawiszy.


     Był to pierwszy z licznych kawałów, jakie internowani w Łupkowie urządzali klawiszom; te następne odbywały się już bez mojego udziału, bowiem 30 kwietnia opuściłem obóz.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

piątek, 04 września 2009 0:01

                                                                                 XXXVI.

                                        NOWY ŁUPKÓW

 

     Transport, po dramatycznych przejściach w Uhercach, dał się nam we znaki. Ściśnięci  w „sukach „ jak śledzie, objuczeni  naszymi tobołami,  z często jeszcze zimową odzieżą (była przecież gorąca wiosna, a ja musiałem dźwigać na sobie ciężki zimowy płaszcz, w którym przybyłem do obozu), liczyliśmy tylko szalenie wydłużający się czas podróży. Modliliśmy się w duchu o jak najszybsze dotarcie do celu, gdyż wytrzymać  w  przesyconym potem powietrzu, w jednej pozycji, było niezwykle ciężko.

 Jeszcze w dodatku przesuwające się pod czaszką obrazy ostatnich wydarzeń przed transportem: pełna poniżenia rewizja, konfiskata  i zniszczenie  niektórych pamiątek obozowych, szyderstwa esbeków i klawiszy, na które nie mogliśmy odpowiedzieć. Czy mogliśmy zachować się bardziej godnie, bardziej bohatersko? - na przykład  wyrżnąć w pysk Łopuszańskiego , gdy deptał nasz znaczek solidarnościowy, albo ... stawiać czynny opór w trakcie ładowania nas do „suk". Co by to dało? Na pewno by nas spałowali , na pewno skuliby nas kajdankami... A więc,  mogłoby się to skończyć dla nas bardziej tragicznie. A tak - jesteśmy cali i  zdrowi. Tylko niesmak upokorzenia pozostał.

      Pamiętam, że nasza podróż trwała ponad godzinę. Kiedy dotarliśmy  na miejsce, do Zakładu Karnego  Nowy Łupków i wyszliśmy z „suk", przywitała nas kwietniowa śnieżyca.  I jeszcze jedna niespodzianka. Oto wita nas  życzliwymi, pełnymi pociechy słowami sam komendant, który czekał na nas przy samej bramie. Pyta, jakie mamy potrzeby  i zapewnia, że będziemy mieli wszelkie wygody, o które zadbają nasi „wychowawcy" oraz, że stąd wychodzi się tylko na wolność, czego nam  całego serca życzy. Prosi tylko, byśmy nie robili „grzałek" na wodę. Sympatyczny , starszy człowiek w mundurze - jakże różniący się od tego bufona w Uhercach.

    Rozlokowani zostaliśmy w dwóch parterowych pawilonach. Mieliśmy osobne pomieszczenie z umywalnią wyposażonąw prysznice, tak więc nie musieliśmy raz w tygodniu chodzić do łaźni, jak to było w Uhercach. Otrzymaliśmy na korytarz kuchenki elektryczne, termosy na gorącą wodę i duże grzałki elektryczne .W sąsiednim budynku znajdowała się  przestrzenna, czysta stołówka, do której chodziliśmy na obiady, o niebo lepsze niż w poprzednim obozie.

    Nasz „wychowawca", szczupły podporucznik, był jednocześnie opiekunem biblioteki i zarazem pracownikiem kulturalno-oświatowym w Zakładzie Karnym . W pewnym momencie zaczął mi się bacznie przyglądać.  Dopiero po tygodniu wyjaśniło się to jego zainteresowanie moja osobą.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Nowy blooczek pod wpisami Blog bierze udział w konkursie BlogRoku2011 http://www.blogroku.pl/kategorie/wiec-spiewac-bede-wam-pochwale-zycia,gwkkm,blog.html

środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  94 609  

Słownik internetowy

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymian...

więcej...

Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw.Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń zyciowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdiesiątką a sześćdziesiątką,czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam.Zajmuję się pszczelarzeniem , malowaniem , teatrem, pisaniem oraz działką.Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 94609
Wpisy
  • liczba: 261
  • komentarze: 3454
Galerie
  • liczba zdjęć: 5
  • komentarze: 25
Punkty konkursowe: 600
Bloog istnieje od: 3910 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl